Zamek Czocha w Suchej
- historie niesamowite
- dziwne przypadki
- autentyczne zdarzenia

TWIERDZA SZPIEGÓW


Tajemnicze pałeczki * Co produkowano w podziemnej fabryce? * Dokąd prowadzi studnia? * Rockeffeler na zamku * Skradzione ikony * Milicjanci i złodzieje * Odnalezione plany * Tajne przejścia

   Czocha w Leśnej ma wszystko co zamek mieć powinien: ukryty skarb, wątek szpiegowski,
Galeria w wieży >>>
zamaskowane przejścia, niespokojne duchy i zagadkową historię. Ot, chociażby ten maleńki kawałek kryształu. Ma gdzieś sześć milimetrów długości i kształt pałeczki. Kilkadziesiąt podobnych do niego kryształków ktoś lata temu schował do pudełka po zapałkach i ukrył w krypcie w Lubomierzu. Ktoś inny schował identyczne pałeczki w trzonie pieca z zamku Czocha. Po wielu latach trafiły do rąk Janusza Skowrońskiego, byłego burmistrza Lubania. Siedzimy razem i zastanawiamy się do czego mogły służyć.
   - Trzeba zbliżyć do oka i spojrzeć pod słońce - radzi Janusz Skowroński. Obracam w palcach ten delikatny drobiazg i nagle na powierzchni dwóch milimetrów widzę kilka czarno-białych zdjęć z podpisami. Na następnym kryształku mapka. Na jeszcze jednym widoczek. To szwajcarskie kurorty, naniesione na kryształ techniką połączenia mikrofilmu z mikrokropką. Kto i w jakim celu to zrobił? Janusz Skowroński nie wie. Przypuszcza jednak, że odkrył coś w rodzaju szpiegowskiego szyfru. Równie dobrze może być to zupełnie niewinny drobiazg, ale... Ko-miniarze twierdzą, że podczas bombardowania na ogół pozostają nietknięte trzony kominowe. A przecież to w kominku Czochy ukryto część tych kryształków. Ktoś chciał, żeby ocalały. Po co?
   Czocha koło Lubania od dawna fascynuje poszukiwaczy skarbów. W czasie wojny zamek wizytował sam Werner von Braun, ojciec broni rakietowej, późniejszy twórca kosmicznych rakiet Saturn, które wynosiły na Księżyc statki Apollo. Odwiedziny te wiąże się z przeprowadzanymi przypuszczalnie w Leśnej badaniami nad bronią V-1 i V-2. Janusz Skowroński, badacz dziejów zamku twierdzi, że równie dobrze mogły to być badania nad paliwem uranowym, czy też nowoczesnymi silnikami. W czasie wojny, w pobliżu zamku zlokalizowano bardzo silną obronę przeciwlotniczą, co może oznaczać, że jego właściciel pozwolił, aby von Braun miał tu swoje biuro badawcze. Poza tym ciągle nie wiemy co mają oznaczać znalezione tu kryształowe pałeczki. Czy to nic nie znacząca część fotoplastykonu czy też coś poważniejszego? A jeżeli tak, to czy miały związek z usytuowaną w Lubaniu podziemną fabryką, w której czyniono tajemnicze eksperymenty? W 1996 roku do Janusza Skowrońskiego zgłosił się pan Józef Bujak z Lubania. Opowiedział dokładnie o dziwnej fabryce;
Galeria w wieży >>>

- Zakłady te nazywały się Gema Werke. Prace, które tam prowadzono polegały na wytwarzaniu jakiegoś pola elektromagnetycznego, bo samochody przejeżdżające obok, same stawały! Można to było zaobserwować na odcinku 300 metrów. Wcześniej odcinek drogi Lubań - Zgorzelec zamykano dla ruchu. Gdy eksperyment przerywano, samochody ruszały dalej, jakby nigdy nic. Niemiec, który mi o tym opowiadał, zarzekał się, że widział jak stawały pojazdy nie tylko z zapłonem iskrowym, ale również diesle! Tego już w żaden sposób nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć! Ale to nie wszystko. Tuż po wojnie, kiedy już zniszczono naziemną część zakładów, rozmówca Janusza Skowrońskiego poszedł obejrzeć zgliszcza.
   - Można tam było wykręcać drobne elementy, łożyska, śrubki - wspomina Józef Bujak - Niemcy na placu fabrycznym pozostawili jakieś metalowe konstrukcje. Było tego kilkanaście sztuk, około 15-metrowej wysokości każda, z kabiną u dołu. Konstrukcja taka była obrotowa. To jeszcze nic. Gdy na początku lat pięćdziesiątych trafiłem w olsztyńskie, tam na jednej ze składnic zobaczyłem fragmenty takich samych konstrukcji...
   Co właściwie wytwarzano tak blisko starego zamczyska? Świadek, który nie chciał się ujawnić, twierdzi, że podziemna część fabryki została zawalona wraz ze znajdującymi się wewnątrz robotnikami. Lubańska autochtonka, pani B. uważa, że w Gema Werke produkowano na-wet aparaturę podsłuchową do łodzi podwodnych... W tej chwili trudno to jednak udowodnić. Trudno też powiedzieć jaki to miało związek z potężnym zamkiem w Leśnej. Czocha jest w ogóle tajemniczym miejscem. Ma też niezwykle długą, nie do końca wyjaśnioną historię. Do tej pory historycy zastanawiają się kto naprawdę zbudował zamek i skąd się wzięła jego nazwa. Pojawiająca się w XN wieku nazwa "Caychow", którą niemieccy badacze wywodzili od nazwy Czajków, mogłaby oznaczać, że założycielem grodu lub jego pierwszym właścicielem był niejaki Czajko.
Galeria w wieży >>>
Warownia powstała w latach 1241-1247 z inicjatywy króla czeskiego Wacława II, jako punkt obronny przeciw Polakom. Przez wieki za-mek zmieniał kolejno właścicieli. Podczas wojny trzydziestoletniej dobra zamkowe objął Krzysztof von Nostitz, który zamek umocnił. Zrobił to skutecznie, skoro sześćdziesięciu szwedzkich dragonów, przybyłych tu w marcu 1640 roku z Wlenia, nie mogło opanować zamku. Poczynili natomiast wiele szkody w okolicy. Pozabijali chłopów, pokradli bydło. Czocha była wtedy miejscem, w którym okoliczna ludność mogła szukać schronienia. W 1700 roku zamek przeszedł z rąk Nostitzów w posiadanie Johanna Hartwiga Augusta von Uechtritz. Ponieważ arystokrata nie miał synów, ustanowił "Grundfideikomiss", który polegał na tym, że jego dwie córki musiały poślubić mężczyzn z innej linii rodziny Uechtritz, co miało zapobiec przejściu majątku w obce ręce. Panny gorliwie wypełniły nakaz ojca. Młodsza, Krystyna wyszła za mąż za Henryka, którego późniejszy pogrzeb miał się stać niecodziennym i makabrycznym widowiskiem. Kiedy w 1719 wyruszył z zamku kondukt pogrzebowy, żałobnicy przechodzić zaczęli przez drewniany most nad suchą fosą. W pewnym momencie most się załamał i wszyscy spadli w dół. Zginęło przy tym kilkoro dzieci. Wkrótce w miejscu tragedii powstał most kamienny. Czocha, z krótką przerwą, znajdowała w posiadaniu Uechtritzów aż do początków dwudziestego wieku. Był to czas przebudów i rekonstruk-cji spowodowanych wielkim pożarem w 1793 roku. W XX wieku urządzono w zamku wspaniałą bibliotekę w gotyckim stylu Tudorów. Księgozbiór powstał dzięki ostatniemu, przedwojenne-mu właścicielowi, baronowi Ernestowi F. von Gütschoffowi, drezdeńskiemu przemysłowcowi, który nabył zamek w 1909 roku. Za Czochę zapłacił około 1,5 miliona ówczesnych marek, natychmiast też przystąpił do przebudowy rezydencji, co kosztowało go następne cztery miliony. Skąd miał tyle pieniędzy? Gütschoff był właścicielem potężnego koncernu tytoniowego w Dreźnie, prawdopodobnie spokrewniony był z Rockeffelerami, najbogatszą rodziną świata, utrzymywał też kontakty z rosyjską arystokracją. Lubował się w kolekcjonowaniu dzieł sztuki, wiele czasu poświęcając książkom. Miał w swojej kolekcji bezcenną popozycję "Vier Bücher von Menschlicher Proportion" Dürera, wydaną w Norymberdze w 1528 roku. Zbierał też broń, wyroby snycerskie i obrazy. W czasie wojny jego skarbiec zaczęły zasilać zamorskie złoto i insygnia koronacyjne carów rosyjskich. Kiedy do władzy doszli w Rosji rewolucjoniści, zrobili wszystko, aby pozbyć się pocarskich pamiątek. W Dreźnie i w Lipsku zorganizowano wtedy giełdową wyprzedaż carskiego majątku. Jego część weszła w posiadanie właściciela Czochy. Zakup taki traktował jako dobrą inwestycję. Dobra te przetrwały w zamku II wojnę światową. Tuż po wyzwoleniu rozpruto zamkowy sejf i skarb wywiózł z Polski ówczesny polski burmistrz Leśnej i niemiecka bibliotekarka z Czochy.
Galeria w wieży >>>

   - Ten skarb, można podzielić na trzy części. Pierwsza pojechała ciężarówką, którą uciekał burmistrz z bibliotekarką i która przedostała się Niemiec. Ich wyjazd poprzedziła ucieczka komendanta i wicekomendanta posterunku Milicji Obywatelskiej, zastępcy burmistrza Leśnej, co może oznaczać, że tworzyli grupę. Druga ciężarówka została zatrzymana i przejęta przez polskie władze. Mało osób jednak wie, że na zamku Czocha została trzecia część skarbu, sporo rzeczy, m.in. obrazy i militaria, które po wojnie po prostu zaginęły, albo zabrał je któryś tamtejszych oficjeli - tłumaczy Janusz Skowroński, badacz dziejów zamku.
   - Byłam obecna przy otwieraniu skrzyń i spisywaniu ich zawartości - wspomina Eugenia Thriller, która pracowała wówczas w Archiwum Państwowym w Jeleniej Górze - W dwóch skrzyniach znajdowały się popiersia carów od Ruryka do ostatniego z rodu Romanowów. Rzeźby były brązowe, u dołu podpisane cyrylicą. Wyjmowano je i ustawiano wzdłuż długiego stołu. Miałam w rękach popiersia m.in. Piotra Wielkiego i Katarzyny II. W innej skrzyni były kandelabry ze stołu cesarskie-go ustawiano je także długim rzędem na stole. W innej znajdowały nakrycia stołowe, wśród których ukryto rękopiśmienny kodeks z XI-XII wieku - pergamin oprawiony był w białą, świńską skórę. Dalej widziałam ikony. Było ich może kilkaset. Ustawiano je na podłodze od największej do najmniejszej. Zainteresowała mnie najmniejsza, wielkości mojej dłoni z dedykacją dla najmłodszego arcyksięcia. Pamiętam i piękny obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem w szerokich złotych czy złoconych ramach. Czy najwspanialsze rzeczy z zamkowego sejfu jeszcze się odnajdą czy ktoś kiedyś dojdzie gdzie są carskie ikony? Janusz Skowroński miłośnik Czochy liczy, że tak. Dlatego zabiega o powstanie Towarzystwa Miłośników Zamku Czocha. Wtedy otworzą się być może ci, którzy tej pory milczeli, odkryją rąbka wstydliwej czasami tajemnicy, powiedzą to, czego bali się powiedzieć przez lata, kiedy na Ziemiach Odzyskanych obowiązywało prawo dzikiego Zachodu... Przecież dopiero niedawno udało się przez zupełny przypadek odnaleźć plany przebudowy Czochy. Ktoś, nieważne dziś kto, postanowił wywieźć je na makulaturę. Dziennikarze z "Przeglądu Lubańskiego" uratowali je w ostatniej chwili. Autorem planów jest Bodo Ebhardt, wybitny architekt, który zajmował się również Grodźcem i większością zamków nad Renem. Na planach widać dokładnie, gdzie i jak miały stanąć meble, jak zamierzano usytuować dodatkowe ścianki. To jedno z najcenniejszych odkryć zamku w ostatnich latach. Czocha nie byłaby średniowieczną twierdzą, gdyby nie duch. W rycerskiej znajduje się kominek, z którym związana jest makabryczna legenda. Kiedy właściciel zamku wrócił z trwającej wiele lat wojny, okazało się, że jego żona jest w ciąży. Kiedy urodziła dziecko, kazał ją poddać próbie wody. Księżnę wrzucono do studni, czego z oczywistych względów nie przeżyła. Noworodka zdradzony mąż kazał żywcem zamurować w kominku. Od tej pory po zamkowych korytarzach błąka nocą biała dama, a z kominka dochodzi kwilenie. Na pewno je usłyszycie chodząc po zamku...

Powyższy tekst pochodzi z książki "Tajemnice Zamki Podziemia" autorstwa Joanny Lamparskiej i zamieszczony został na stronie www.warownia.pl za zgodą autorki. Dalsze rozpowszechnianie, kopiowanie i przetwarzanie zabronione.

  Powrót 

  © Xezaar