Chojnik - zamek w Sobieszowie
- historie niesamowite
- dziwne przypadki
- autentyczne zdarzenia

DWA DOŁKI


   Nie opodal starego traktu z Jeleniej Góry do Szklar­skiej Poręby, tuż nad Sobieszowem, na wysokiej skalistej górze, wznosi się dawny, pamiętający jeszcze odległe czasy średniowiecza, górski zamek Chojnik. Warownię tę kazał postawić Bolko II Mały, ostatni z piastowskich książąt świdnicko-jaworskich. Zbudowano ją w latach 1353 - 1364.
Galeria w wieży >>>
Później groźne to za­mczysko wielokrotnie powiększano i przebudowywano. Powstały po­kaźne dziedzińce oraz solidne obwodowe mury, okalające całe założenie. Niestety, 31 sierpnia 1675 roku, zamek, który przetrwai najcięższe wojny i nigdy nie był zbrojnie zdobyty, spłonął od uderze­nie pioruna i od tej pory znajduje się w trwałej ruinie. Jedynie w 1848 roku w części pomieszczeń warowni urządzono niewielkie schroni­sko turystyczne.

* * *

   W XIV stuleciu na chojnickim zamku żyła piękna panna z możne­go rycerskiego rodu. Wieści o nieprzeciętnej krasie Kunegundy (bo takie miała imię) rozchodziły się nie tylko po całej ziemi śląskiej, lecz docierały także do innych, nieraz nader odległych krajów.
Galeria w wieży >>>
Toteż wielu dzielnych rycerzy starało się o jej rękę, jednak dziewica kapry­siła i każdemu zalotnikowi, który wyrażał wobec niej poważniejsze zamiary, stawiała tylko jeden, ale za to bardzo trudny do spełnienj warunek:
   - Kto pragnie zostać moim mężem - mówiła - musi bez szwanku przejechać konno dookoła po zewnętrznym murze obronnym otaczającym zamek.
   Masywny ten mur wznosił się również od strony południowej prawie na samym skraju przepastnej, liczącej kilkaset stóp głębi, zwanej Piekłem (dziś nosi ono miano Piekielnej Doliny).
   Aliści żadnemu z najodważniejszych nawet rycerzy, którzy zdecydowali się na tę niebezpieczną konną "przejażdżkę", nie udało się pomyślnie jej zakończyć. Pod tym czy owym nagle spłoszył się rumak, niejeden sam dostał zawrotów głowy od dużej wysokości, innemu obsunął się jakiś kamień spod kopyt wierzchowca. Toteż niejeden z nich przypłacił nadmierną śmiałość młodym życiem, spadając razem, z koniem do skalnej otchłani.
   Jednakże tak prawdę powiedziawszy, spora liczba konkurentów zwłaszcza tych o nieco trzeźwiejszych głowach, przeważnie trochę starszych wiekiem, w ogóle nie podejmowała tej karkołomnej próby i - o ile tylko pozwalała na to dworska etykieta - szybko wyrzekała się chęci poślubienia dumnej dziewicy, starając się czym prędzej wydostać w normalny sposób poza mury aż nazbyt zdziwaczałego zamczyska.
   Mijały tymczasem lata.
   Serce starzejącego się ojca (matka odumarła córkę już w dzieciństwie), bezgranicznie kochającego jedyne swe dziecię, nie wytrzymało napięcia i pękło z bezsilnej rozpaczy.
Galeria w wieży >>>
Odtąd osierocona Kunegunda zawzięła się w swym uporze jeszcze bardziej. Ulubioną jej rozrywką i uciechą stały się coraz częstsze polowania na grubego zwierza, urządzane w asyście licznych dworzan w okalających zamczysko gęstych, karkonoskich puszczach.
   Mimo to lata szybko upływały nadal.
   Aż pewnego razu, wczesnojesienną porą, na zamek przybył jakiś wielki, niemłody rycerz i pozostał tutaj przez kilka następnych dni w gościnie. Kunegundzie. która nie tak dawno temu w zupełnej ciszy obchodziła swe trzydzieste urodziny, ka­waler z miejsca przypadł do smaku. Krótko mówiąc, leci­wa już panna zakochała się w nim na serio i była gotowa zgodzić się na ślub nawet bez żadnych warunków, chociaż fałszywa duma nie pozwalała jej głośniej o tym mówić. Ostatecznie co do swego uczucia względem rycerza upewniła się podczas wspa­niałej, wieczornej uczty, któ­rą poleciła wydać na cześć dostojnego gościa.
   Przybysz zaś nazajutrz z samego rana kazał służbie osiodłać swego najlepszego rumaka i mimo zalegającej wokół zam­kowej góry dość gęstej mgły (a może właśnie dlatego?) wyruszył na nim, śladem swoich licznych poprzedników, w objazd po otaczają­cych warownię murach.
Galeria w wieży >>>
Kunegunda, która bacznym wzrokiem śledzi­ła niemal każdy dotychczasowy ruch rycerza, przyglądała się nieco­dziennej jeździe z okna zamkowej wieży, chociaż obłoki szybko przesuwającej się mgły niekiedy przysłaniały widok.
   "Przejażdżka" zakończyła się pełnym sukcesem. Zamkowi ludzie tłumnie wylegli na dziedziniec. Na spotkanie z nadjeżdżającym boha­terem pospieszyła też czym prędzej uradowana pani zamku. Rycerz Jednak spojrzawszy na nią surowym wzrokiem powiedział:
   - Pani, mnie nie potrzebna twoja ręka. Jestem landgrafem Turyn­gii i mam tam damę swego serca. Mury zaś objechałem jedynie dlatego, żeby wreszcie skończyć z narażaniem życia dzielnych kawalerów, w czym się tak bardzo lubujesz.
   To rzekłszy, ukłonił się po rycersku, wspiął konia i skierował się prosto ku wjazdowej bramie. Za nim ruszyla gromadka jego służby. Skamieniała ze złości butna Kunegunda odczekala aż ostatni z grafowskiej czeladzi opuści zamek, po czym udała się ociężałym krokiem na wieżę warowni i - nie mogąc znieść hańbiącego poniżenia - rzuciła się z okna w spowitą mgłami przepaść.
Galeria w wieży >>>


   * * *

   Tak zaś opisał to "romantyczne" zdarzenie Bogusz Zygmunt Stęczyński (1814-1890), galicyjski ukladacz rymów, który w latach 1844-1851 poznawał śląską ziemię, przemierzając ją wzdłuż i wszerz na własnych nogach.

    "A przewodnik powiada, że niegdyś dziewica
    Imieniem Kunegunda, powabnego lica,
    Wzdychająca do przyjaźni, o związku marzyła,
    Lecz była opryskliwa i obmowna była.
    Niejednemu z młodzieży odsuwając ręki,
    Zyła sobie samotnie - aż gdy zgasły wdzięki,
    Ujrzała się wzgardzoną, na twarzy zmarszczoną,
    A przecie, chociaż w wieku, chciała być lubioną,
    Lecz gdy nadzieja losu jej nie odmieniła,
    Z okna skoczywszy w przepaść, życie zakończyła!"

    (Śląsk, Wroctaw 1949, s. 62)

   Do dziś na jednej ze skał, u stóp wysokiej zamkowej wieży, widoczne są dwa regularne, dość spore wgłębienia.
Galeria w wieży >>>
Według przekazów współczesnych tym tragicznym wydarzeniom naocznych świadków (między innymi samego sudeckiego Ducha Gór) są to ślady pośladków rosłej Kunegundy, która właśnie w tym miejscu miała spaść na skałę, a - zgodnie z prawami fizyki - w dół leciała najcięższą częścią swego ciała.
   Teraz dopiero w pełni możemy pojąć, dlaczego bohaterski rycerz nie przyjął ręki Kunegundy. Po prostu najzwyczajniej... stchórzył (mimo że był Niemcem!), a nie zaś wzgardził -jak chciała całą sprawę zatuszować ludowa opowieść. Zresztą domyślała się tego chyba i sama nieszczęśliwa dziewica, której - niestety - hojna natura nie poskąpiła tuszy.
   Oczywiście, mnie przy tym wszystkim nie było, toteż całkiem dokładnie nie wiem, co się wtedy właściwie na Chojniku wydarzyło.

Powyższy tekst pochodzi z książki "Legendy zamków śląskich" autorstwa Juliana Janczaka. Prawa do rozpowszechniania, powielania i kopiowania należą do wydawnictwa Erechtejon i Anny Janczak.

  Powrót 

  © Xezaar