«« do bram Lochów 
 «« spis "Historia od kuchni i... alkowy" 

 



 Metresa z różańcem w dłoni
   Zygmunt III Waza, Urszula Meierin


   Zygmunt III Waza był człowiekiem niezwykle skomplikowanym i zakompleksionym. Nie cieszył się też wśród swoich poddanych szacunkiem i nazywali go oni Dojutrkiem, jako że wszystko lubił odkładać "do jutra". Określano go także jako 3 T (tardus - nierychły, taciturnus - małomówny i tenex - uparty) lub 3 P (pius - pobożny, parcus - oszczędny i pertinax - zacięty). Dość surowo potraktowała go również historia. A przecież na jego skroniach spoczywały aż trzy korony królewskie, odniósł kilka wspaniałych zwycięstw pod Kircholmem, Byczyną, Kłuszynem, Chocimiem, więził cesarskiego brata Maksymiliana i rosyjskich carów, przyjmował hołd elektora pruskiego i pozostawił po sobie Polskę w granicach, jakich nigdy przedtem ani też nigdy potem nie miała.
   Swoje osiągnięcia zawdzięczał jednak przede wszystkim wybitnym ludziom, którzy go otaczali. Zamoyski, Żółkiewski, Chodkiewicz, Koniecpolski - to ludzie, którzy z pewnością przewyższali swego monarchę. Sukcesy króla Zygmunta odnoszone były właściwie bez jego udziału, a niezdecydowany monarcha ludzi także nie potrafił właściwie doceniać.
   Był Jagiellonem po kądzieli. Jego matka Katarzyna, córka Zygmunta Starego, poślubiła księcia Finlandii Jana Wazę, młodszego syna króla Szwecji Gustawa. Koronę szwedzką nosił w tym czasie jego starszy brat, niezrównoważony psychicznie Eryk XIV. Uznał on Jana za zdrajcę i wtrącił do więzienia, a jego żonę Katarzynę zamierzał oddać Iwanowi Groźnemu. W przystępie szału kazał także wymordować szwedzkich dostojników.
   Zygmunt urodził się zatem w więzieniu. Kiedy atak szału u Eryka minął, kajał się on przed swym bratem i abdykował na jego korzyść. Potem chciał jednak osadzić na tronie własnego bastarda Gustawa Ericssona, którego urodziła mu Karin, córka Monsa, więziennego strażnika.
   Kres poczynaniom nieodpowiedzialnego monarchy położyła wreszcie podana mu trucizna. Jan objął tron szwedzki, a Zygmunta poczęto przygotowywać do roli sukcesora, a jednocześnie kandydata do korony polskiej. Tytułował się on wielkim księciem litewskim, jako że tytuł książęcy był na Litwie dziedziczny i nie podlegał elekcji.
   Przygotowania miały przede wszystkim charakter religijny, ponieważ Zygmunt jako sukcesor tronu szwedzkiego musiał być protestantem, natomiast jako król polski - katolikiem. Chowano go zatem w swoistym ekumenizmie. Z jednej strony brał udział w nabożeństwach luterańskich, z drugiej zaś wysłuchiwał nauk swoich jezuickich nauczycieli. Ta religijna niekonsekwencja osłabiła z pewnością jego psychikę.
   Całe życie cierpiał na kompleks niższości. Ród Wazów, z którego wywodził się, w porównaniu z innymi rodami europejskimi stawiał go w pozycji parweniusza. Wazowie jako szlachta pojawili się dopiero podczas unii kalmarskiej, niespełna półtora wieku wcześniej. Zygmunt zapatrzony był przede wszystkim w Habsburgów, którzy już w XI wieku posługiwali się tytułem hrabiowskim. I to właśnie aż z trzema Habsburgami przyszło mu rywalizować o tron Polski. To, że wygrał, wcale go nie podniosło na duchu. Wiedział, iż wybór swój zawdzięczał wyłącznie ciotce Annie Jagiellonce i zwerbowanej przez nią drobnej szlachcie koronnej. Większość magnatów opowiedziała się bowiem za Maksymilianem Habsburgiem, którego w dodatku okrzyknięto królem Polski. Bolał też Waza nad tym, że nie poparła go nawet Litwa, której był przecież dziedzicznym władcą, a która swe głosy oddała na cara Fiodora. Zasiadł na wawelskim tronie, ponieważ posadził go tam kanclerz wielki koronny Jan Zamoyski, do którego czuł przez to nieuzasadnioną niechęć.
   Otrzymała zatem Polska króla chwiejnego, a jednocześnie upartego, któremu dane było panować aż czterdzieści pięć lat. Pod tym względem ustępował jedynie Władysławowi Jagielle.
   Otrzymała Polska także króla, który interesował się historią, malarstwem, astronomią, alchemią, rzemiosłem i muzyką, ale który nie potrafił rozwiązywać podstawowych problemów państwa. Aż do końca życia nie wyzbył się swojego habsburskiego kompleksu, a obie jego żony były arcyksiężniczkami habsburskimi, rodzonymi zresztą siostrami. Z przesadną estymą przyjmował w Krakowie kardynała Hipolita Aldobrandini, późniejszego papieża Klemensa VIII, który zjawił się u niego, aby pośredniczyć w układach z cesarzem. Odwiedzał i obdarowywał cesarskiego brata Maksymiliana, którego Zamoyski trzymał w swojej niewoli. Zamierzał wreszcie odstąpić koronę polską Ernestowi Habsburgowi - pod warunkiem, że ten zaślubi jego siostrę Annę Wazównę. Tego rodzaju postępowanie nie przysparzało mu rzecz jasna popularności. Doszło nawet do tego, iż przygotowywano na niego zamach i w kościele Św. Jana został raniony czekanem przez Michała Piekarskiego.
   Cechą króla Zygmunta była też przesadna pobożność, która w wielonarodowym państwie wywoływała nie zawsze przychylne komentarze. Jezuita Olszewski mówił o nim, że "w dzień święty okrom mszy, którą we dworze królewskim dlań miano, w kościele publicznie i mszy śpiewanej, i kazania zawsze słuchał, a w największe święta jutrzni i nieszpornych nabożeństw niemal przez dziesięć godzin zażywał. Sam muzykę kościelną, jako kiedyś Dawid Lewitom, sporządzał. Częściej niźli raz w miesiącu do Stołu Pańskiego przystępował. Kapłańskie pacierze na co dzień odmawiał, różańca pułki odliczał, w krytej kapliczce na ziemi krzyżem leżał, niedźwiednię posławszy, na której znak człowieka leżącego od przytarcia wyraził. Dyscypliny czynił i włosiennicą się przepasował. Groby Pańskie w Wielki Piątek nawiedzał, za procesją w dzień Bożego Ciała, co rok pieszo, nabożnie chodził". Zygmunt należał do Sodalicji Mariańskiej, Bractwa Św. Anny, Arcybractwa Miłosierdzia.
   Równie bogobojne były obie jego małżonki. Pierwsza, Anna, "skoro wstała, na modlitwie i czytaniu pobożnych książek czas trawiła. Przed słuchaniem ofiary świętej pospolicie ze spowiednikiem o rzeczach zbawiennych rozmawiała, potem dwie zawżdy msze słuchała, jednej za żywe, drugiej za umarłe. Potem do modlitwy przed obiadem się sposobiła, a po obiedzie, o czwartej z południa, nigdy nieszporowych godzin nie omieszkała, a w święta, śpiewanego zawsze nieszporu słuchała" - pisał o królowej Piotr Skarga. Jej siostra Konstancja według kaznodziei Birkowskiego "pałac swój na dom modlitwy zamieniła, trzech mszy dziennie słuchała, pacierze z brewiarza rzymskiego odprawując". Zmarła zresztą podczas procesji Bożego Ciała na udar słoneczny.
   Dwór Zygmunta był zatem wzorcowym dworem okresu kontrreformacji i cieszył się nieskazitelną opinią moralną. Utrzymywano na nim nieomal klasztorny rygor.
   Z obu małżeństw doczekał się Zygmunt dziewięciorga dzieci. Anna urodziła mu czworo, z których przeżył wszakże tylko Władysław, późniejszy król Polski. Z Katarzyną miał synów: Jana Kazimierza, Jana Albrechta, Karola Ferdynanda, Aleksandra Karola i córkę Konstancję. Potomstwo drugiej żony chowało się znacznie lepiej. Jan Kazimierz po śmierci przyrodniego brata zasiadł na tronie, Jan Albrecht w wieku dziewięciu lat był już biskupem warmińskim, Karol Ferdynand nominowany został w wieku lat jedenastu na biskupa wrocławskiego. Jedynie Aleksander, podobno najzdolniejszy z nich wszystkich, lubił "miłostki i swawole", ale zmarł na ospę nie dożywszy dwudziestu lat. Konstancję wydano za mąż za księcia neuburskiego Filipa, ale zmarła młodo i bezpotomnie. Duchowne kariery synów królewskich doskonale charakteryzują atmosferę panującą na dworze Zygmunta III.
   Z tej jezuickiej pobożności wyłania się jednak zupełnie niespodziewanie postać Urszuli Meierin, królewskiej faworyty. Była ona także nadzwyczaj pobożna i, co jest równie oczywiste, powiązana z Habsburgami.
   Siedemnastowieczni kronikarze przedstawiali ją wprawdzie w taki sposób, aby nie rzucała cienia na bogobojnego monarchę, ale w historii tej jest zbyt wiele niedomówień, aby nad nimi można było przejść do porządku dziennego.
   Urszula przybyła na dwór królewski w orszaku pierwszej żony Zygmunta - Anny - w 1592 roku. Miała wtedy prawdopodobnie około dwudziestu lat, a więc była nieznacznie starsza od królowej. Zachwycała podobno swoją urodą, chociaż jej jedyny portret, namalowany na polecenie Władysława IV, niestety zaginął. Opowiadano, że pochodziła z mieszczańskiej rodziny i że jej prawdziwe nazwisko brzmiało Gienger, natomiast Meierin, pod którym była powszechnie znana, to nic innego jak niemieckie określenie ochmistrzyni. Już na pierwszy rzut oka widać jednak, że historia ta rozmija się z prawdą. Urszula była osobą wykształconą, ponieważ oprócz niemieckiego posługiwała się poprawnie językiem polskim i łacińskim. Pieczętowała się także własnym herbem, przypominającym Dunina, co świadczyć może o jej arystokratycznym pochodzeniu. Po przybyciu do Polski została od razu mianowana ochmistrzynią, czyli przełożoną fraucymeru. Stanowisko to zarezerwowane było dotąd dla osób krwi senatorskiej. Dziwić może także zażyłość, jaką utrzymywała ona zarówno z Anną, jak też z jej matką Marią Krystyną. Urszula tytułowała ją w listach "Najjaśniejsza Pani Matko", i chociaż królowe były matkami swoich poddanych, można jednak przypuszczać, iż Meierin była nieślubną córką Marii Krystyny, a tym samym przyrodnią siostrą obu małżonek Zygmunta III.
   Kariera Urszuli należała chyba do najbardziej błyskotliwych na Zygmuntowskim dworze. Hetmani wyczekiwali na nim nieraz po kilkanaście lat na swoją buławę, natomiast Urszuli Meierin oprócz tego, że została przełożoną fraucymeru, powierzono również edukację dzieci królewskich (z prawem cielesnego ich karania). Uczestniczyła ona także w radach koronnych, jeździła królewską karetą i jadła posiłki przy królewskim stole. Od jej wstawiennictwa zależały dworskie awanse i o jej względy ubiegali się politycy tej miary co Lew Sapieha.
   Urszula przez całe swoje życie pozostała starą panną, chociaż - jak pisał nuncjusz papieski Visconti - "wielu panów polskich starało się o jej rękę, ale ona nie chciała nigdy opuścić swych dobroczyńców, jak gdyby wyrzekła się miłości siebie samej". Wśród starających się był także podkanclerzy litewski - Albrycht Stanisław Radziwiłł.
   Kronikarze podkreślali nadzwyczajną pobożność królewskiej ochmistrzyni, którą posądzano nawet o dewocję. Należała ona do "przybranych" zakonu jezuitów, czyli żyjąc poza zakonem, uczestniczyła za osobnym dyplomem agregacyjnym w przywilejach, zasługach zbiorowych i łaskach zakonu przed Bogiem. Za jej pobożność papież odznaczył ją złotą różą, którą otrzymywały zazwyczaj zasłużone dla Kościoła przedstawicielki panującej dynastii. I pomyśleć, iż dotyczyło to wszystko tylko królewskiej ochmistrzyni.
   Wydaje się, że pomiędzy świątobliwym monarchą a równie świątobliwą wychowawczynią jego dzieci istniał intymny związek i tylko dlatego nie wyszła ona nigdy za mąż. Po śmierci królowej Anny nie opuściła bowiem Krakowa, jak to zrobiła większość dam dworu, lecz przez osiem lat królewskiego wdowieństwa wpływy jej gwałtownie wzrosły. Osieroconemu Władysławowi zastępowała matkę, a owdowiałemu Zygmuntowi - żonę. Podejrzliwy Piotr Skarga pisał, że trzyma się ją na dworze "ku oburzeniu ogólnemu i z małym honorem", a sekretarz królewski Jan Szczęsny Herburt nazwał ją wręcz "sprośną faworytą". Urszula nabrała w tym czasie iście królewskich manier. Korespondowała z siostrą królewską Anną Wazówną, z kanclerzem wielkim koronnym, a nawet pisała listy do cesarza Ferdynanda II.
   Kiedy król zaślubił Konstancję, wpływy Urszuli wcale nie osłabły. Z rozproszonych i po trosze plotkarskich wiadomości dowiadujemy się, że została także kochanką królewicza Władysława, który przeszedł z nią swoją seksualną inicjację. Być może, iż był to punkt jej pedagogicznego programu, który wdrażała swojemu wychowankowi. Przez jakiś czas utrzymywała się między nimi dość osobliwa i frywolna korespondencja.
   Nie porzuciła jednak nigdy starzejącego się króla i służyła mu aż do śmierci. Kiedy Zygmunt umierał, to ona w jego imieniu rozdawała senatorskie stanowiska. Król, który nie mógł już mówić, przytakiwał tylko skinieniem głowy.
   Po śmierci Zygmunta pozostała nadal na dworze, chociaż jej ukochany wychowanek Władysław IV odsunął ją od spraw politycznych. Zarządzała już tylko fraucymerem. Głęboko przeżyła następujące jeden po drugim zgony Aleksandra Karola i Jana Albrechta. Załamana tym nieszczęściem, zmarła sama w trzy miesiące później, przeżywszy około sześćdziesięciu lat.
   Ciało Urszuli Meierin, niczym ciało królowej, wystawiono na zamku królewskim. Pogrzeb celebrował królewicz Karol Ferdynand, biskup wrocławski. Pochowana została w warszawskim kościele jezuitów.
   Cały swój majątek zapisała królewskim dzieciom, nie zapominając wszakże o kościołach i klasztorach. Jezuitom, którzy przyjąć mieli jej doczesne szczątki, ufundowała srebrne tabernakulum.
   Grób Urszuli został zniszczony już dwadzieścia lat po jej śmierci. Dokonali tego szwedzcy żołnierze Karola Gustawa, stryjecznego wnuka Zygmunta III, któremu poświęciła całe swoje życie.

Powyższy tekst pochodzi z książki "Monarsze sekrety" autorstwa Jerzego Jankowskiego i zamieszczony został na stronie www.warownia.pl za zgodą wydawnictwa Toporzeł. Dalsze rozpowszechnianie, kopiowanie i przetwarzanie zabronione.

 «« do bram Lochów 

 «« spis 

  krok wstecz 

  © Xezaar