«« do wejścia do Biblioteki 
 «« spis tekstów obcych 

 krok wstecz »» 

.część 2 tekstu.

 dla TYCH co wolą wszystko w czerni »» 

Teksty oryginalne

Pieśń o Rolandzie 

La Chanson de Roland

 autor: 
nieznany
 data: 
XI w.
 nota: 
Najstarszy rękopis powstałego w XI w. poematu, pochodzi z około połowy XII stulecia. "Pieśń o Rolandzie" oparta jest na autentycznych zdarzeniach i opisuje dzieje wyprawy wodza Franków, Karola Wielkiego, do Hiszpanii w 778 roku. Jej głównym tematem, rdzeniem, jest historia Rolanda, rycerza i zarazem siostrzeńca królewskiego, który zginął wraz z innymi znakomitymi wojownikami z tylnej straży armii frankijskiej, zaskoczonymi w wąwozie Roncevaux przez baskijskich górali. Oczywiście treść poematu zawiera znacznie więcej wątków, ale jego głównym celem było ukazanie i upowszechnienie wizerunku doskonałego rycerza chrześcijańskiego. Rycerza, który poświęcał siebie służbie Bogu, oddawał się do dyspozycji swego suwerena i swojej ojczyźnie. Rycerza, który w każdej chwili gotów był oddać życie w obronie chrześcijańskiej wiary.
Obok powyższego wątku, w poemacie mocno zaakcentowane jest także kreowanie obrazu idealnego władcy chrześcijańskiego, jakim jest w tym przypadku Karol Wielki. Posiada on nie tylko cechy doskonałego rycerza, ale pamięta także o swych poddanych, roztaczając nad nimi troskliwą opiekę...
Tekst w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego
Razem 291 strof i około 4000 wersów
 linki: 
"Pieśń o Rolandzie" (La Chanson de Roland) w języku oryginalnym, starofrancuskim - ze zbiorów Bibliotheca Augustana
"Pieśń o Rolandzie" (Song of Roland) w tłumaczeniu na angielski - ze zbiorów Berkeley Digital Library
 tekst: 
<< CZĘŚĆ 1 [akapity I-C]   ...   CZĘŚĆ 3 [akapity CCI-CCXCI] >>

 


[ COFNIJ <<< do części 1 [akapity I-C] ]

CI

I Oton wali poganina Esturgana w tarczę, po górnym brzegu, tak że rozdziera pola ze złota i stali; rozdarł mu poły kolczugi, wbija mu w ciało ostrą włócznię i wali go trupem z rączego konia. Po czym powiada: "Szukajcie, kto by was ocalił!"

CII

I Beranżer uderza w Astramarysa. Łamie mu tarczę, rozszczepia kolczugę i zatapia mu w ciało kopię; pośród tysiąca Saracenów wali go trupem. Z dwunastu parów oto już dziesięciu zabitych; zostało tylko dwóch żywych: to Szemubel i hrabia Margarys.

CIII

Margarys to rycerz bardzo dzielny i piękny, i silny, i zwinny, i lekki. Spina konia, rusza na Oliwiera. Kruszy mu tarczę pod guzem z czystego złota. Po żebrach przejechał mu kopią. Bóg strzeże Oliwiera, nie naruszono mu ciała. Drzewce się złamało, a on nie spadł z konia. Margarys przebiegł mimo, bez szkody, dmie w róg, aby zwołać swoich.

CIV

Bitwa jest wspaniała; wszystko zaczyna się kłębić. Hrabia Roland nie oszczędza się. Uderza włócznią, póki drzewce całe; po piętnastu ciosach złamał ją i zniszczył. Dobywa Durendal, swój dobry miecz, cały nagi. Spina konia i rusza na Szernubla. Kruszy mu hełm, w którym błyszczą karbunkuły, przecina mu czapkę wraz ze skórą na głowie, przecina mu twarz między oczami, kolczugę o małych ogniwach i całe ciało aż do kroku. Przez siodło nabijane złotem miecz dosięga konia. Przecina mu krzyż, nie macając stawów, wali go martwego na łąkę, na bujną trawę. Po czym mówi: "Synu niewolnika, zabiegłeś drogę nieszczęściu. Mahomet nie przyjdzie ci z pomocą. Takie ścierwo jak ty nie wygra bitwy!"

CV

Hrabia Roland jedzie przez pole. Trzyma Durendal, miecz swój, który dobrze tnie i dobrze siecze. Wśród Saracenów czyni srogą rzeź. Gdybyście mogli widzieć, jak on wali trupa na trupa i jak czerwona krew rozlewa się strugą! Całą zbroję ma zakrwawioną i krwawe są oba ramiona i jego dobry koń od karku aż po łopatki. I Oliwier nie został w tyle i dwunastu parów, i Francuzi, którzy walą co wlezie. Poganie giną, inni podają tył. Arcybiskup powiada: "Błogosławione niech będzie nasze baroństwo! Montjoie!" - krzyczy; to jest okrzyk wojenny Karola.

CVI

I Oliwier jedzie przez ciżbę wojenną. Drzewce mu się złamało, został tylko ułomek. Zamierzył się na poganina Malona. Strzaskał mu tarczę całą w złociste kwiaty, wysadził mu ślepia z głowy i mózg spływa mu aż do stóp. Pośród innych, którzy leżą kupami, kładzie go trupem. Potem zabił Turgisa i Esturgala. Ale ułomek pękł i rozszczepił mu się w dłoni. Aż Roland powiada: "Towarzyszu, co czynisz? W takiej bitwie nie zda się patyk. Jeno żelazo jest coś warte i stal. Gdzie twój miecz, zwany Hauteclaire? Rękojeść ma złotą gałkę z kryształu." - "Nie mogłem go wydobyć - odparł Oliwier - tyle miałem do roboty!"

CVII

Pan Oliwier wydobył swój dobry miecz, którego tak żądał jego towarzysz Roland, i pokazuje mu, jak prawy rycerz się nim posługuje. Uderza poganina, Justyna z Żelaznej Doliny. Przecina mu na pół całą głowę i przecina ciało i zbroję szmelcowaną, i dobre siodło zdobne w kamienie i złoto, i koniowi jego przecina krzyż. Wali wszystko przed sobą na łąkę. Roland powiada: "Jeśli cesarz nas kocha, to za takie ciosy!" Ze wszystkich stron rozlega się: "Montjoie!"

CVIII

Hrabia Geryn dosiada konia Sorela, a Gerier, jego towarzysz, Jelenia. Puszczają cugle, spinają konie ostrogą! Pędzą ugodzić poganina Tymozela, jeden w tarczę, drugi w zbroję. Dwie włócznie łamią się w ciele. Rzucają go trupem wznak na rolę. Który z dwóch był szybszy? Nie słyszałem i nie wiem. Zaś arcybiskup zabił czarnoksiężnika, Sygnorela, tego, który był zstąpił do piekieł; czarami Jowisz go tam zaprowadził. Turpin powiada: "Ten za nas poniósł karę!" Roland odpowiada: "Zwyciężony jest syn niewolnika! Oliwierze, bracie, oto jakie ciosy lubię!"

CIX

Bitwa wre coraz gorętsza. Frankowie i poganie zadają cudowne ciosy. Jeden naciera, drugi się broni. Tyle kopij strzaskanych i krwawych! Tyle podartych chorągwi i tyle sztandarów! Tylu dobrych Francuzów stradało młode życie! Nie ujrzą już swoich maci ani swoich żon, ani ziomków, którzy czekają ich za przełęczą. Karol Wielki płacze nad tym i zawodzi, ale na co się zda jego skarga! Nie doczekają się od niego pomocy. Ganelon źle mu się przysłużył w dniu, w którym poszedł do Saragossy sprzedać jego wiernych; za to, że tak uczynił, postradał życie i członki na sądzie w Akwizgranie, gdzie go skazano na powieszenie, a z nim trzydziestu krewnych, którzy nie spodziewali się tej śmierci.

CX

Bitwa jest wspaniała i ciężka. Roland wali krzepko i Oliwier takoż; i arcybiskup wali więcej niż tysiąc razy, i dwunastu parów też nie zostaje w tyle, ani Francuzi, którzy biją wszyscy naraz. Tysiącami i setkami giną poganie. Kto nie ucieknie, nie znajduje ratunku; chce czy nie chce, daje gardło. Francuzi tracą tam swoje najlepsze podpory. Nie ujrzą już swoich rodziców ani krewnych, ani wielkiego Karola, który ich czeka za przełęczą. We Francji wszczyna się osobliwa zawierucha, burza z wichrem i piorunami; deszcz i grad sieką bez miary. Pioruny walą raz po raz, ziemia drży. Od Saint-Michel aż do Saints, od Besancon aż doWissant nie masz domu, w którym by mur nie pękł. W samo południe straszliwe ciemności; żadnego światła, wyjąwszy, kiedy niebo rozedrze błyskawica. Niepodobna patrzeć na to bez strachu. Ludzie mówią: "To sądny dzień, koniec świata nadchodzi!" Nie wiedzą ani nie mówią prawdy - to wielka żałoba z powodu śmierci Rolanda!

CXI

Francuzi bili z szczerego serca, krzepko. Poganie ginęli tłumem, tysiącami. Na sto tysięcy nie ocalało ani dwóch. Arcybiskup powiada: "Nasi ludzie są bardzo waleczni; pod słońcem nie ma lepszych. - Tak napisane jest w kronikach Franków!" Idą polem i szukają swoich; płaczą z żalu i litości nad swymi krewnymi, z samej głębi serca, z wielkiej miłości. Aż naprzeciw nich z wielkim swoim wojskiem przybywa król Marsyl.

CXII

Marsyl posuwa się doliną, z wielkim wojskiem, które zgromadził. Zebrał i przeliczył dwadzieścia szyków. Błyszczą hełmy strojne w kamienie i złoto; i tarcze, i misternie szmelcowane zbroje. Siedem tysięcy trąb trąbi do ataku, wielki hałas rozlega się w okolicy. Roland powiada: "Oliwierze, towarzyszu, zdrajca Ganelon poprzysiągł naszą śmierć. Zdrada nie możezostać ukryta; cesarz pomści ją srodze. Będziemy mieli bitwę zaciętą i twardą. Nie widziano jeszcze podobnego spotkania. Będę walił moim Durendalem, mieczem moim dobrym, a ty, towarzyszu, będziesz walił swoją Hauteclaire. Po tylu ziemiach obnosiliśmy je! Wygraliśmy nimi tyle bitew! Nie trzeba, aby o nich źle mówiono w pieśni!"

CXIII

Marsyl widzi męczeństwo swoich. Każe grać w trąby i rogi, potem jedzie na czele swojej wielkiej armii. Na przedzie jedzie Saracen Abisem; nie ma większego zdrajcy w całym wojsku. Jest pełen zbrodni i wszelkiego występku, nie wierzy w Boga, syna Najświętszej Panny. Czarny jest jak stopiona smoła, nad wszystko złoto Galicji kocha mord i zdradę. Nigdy nikt go nie widział, aby się bawił lub śmiał. Ale jest bardzo dzielny i bardzo zuchwały i dlatego miły jest srogiemu królowi Marsylowi. Nosi owego smoka, koło którego skupia się lud saraceński.Arcybiskup nie może go miłować; skoro go ujrzy, już chciałby go ugodzić. Po cichu mówi do samego siebie: "Ten Saracen zda mi się srogi heretyk! Najlepiej będzie, jeśli go zabiję; nigdy nie kochałem tchórzów ani tchórzostwa."

CXIV

Arcybiskup zaczyna bitwę. Dosiada konia, którego wziął królowi Grozalowi, zabiwszy go w Danii. Koń jest dobrze ułożony, rączy; kopyta ma zwinne, nogi płaskie, uda krótkie i zad szeroki, boki długie, a krzyż wyniosły, ogon biały, a żółtą grzywę, uszy małe, głowę płową; nie masz bydlęcia, które by mu było równe w biegu. Arcybiskup spina go ostrogami, i z jaką siłą! Natarł na Abisema, nic go nie zatrzyma. Już wali w tarczę wysadzaną kamieniami, ametystami, topazami i płonącymi karbunkułami; w Wal Metas czart dałjąemirowi Galafowi, a emirAbisemowi. Turpin wali, nie oszczędza; skoro uderzył (tak mniemam), niewarta jest ni szeląga. Przeszywa Saracena na wylot i kładzie go trupem na gołą ziemię. Francuzi powiadają: "Oto dzielność! W rękach arcybiskupa pastorał nie przyniesie wstydu".

CXV

Francuzi widzą, że pogan jest tak mnogo; pola pełne ich są ze wszystkich stron. Często wołają Oliwiera i Rolanda, i dwunastu parów, iżby ich bronili. Aż arcybiskup powiada im swoje: "Panowie baronowie, nie umyślajcie nic złego. Proszę was, przez Boga, nie uciekajcie, iżby nikt mężny nie hańbił was w pieśni. Raczej pomrzyjmy tu, walcząc. Niebawem, tak nam przyrzeczone, doczekamy się końca; nie pożyjemy dłużej niż ten dzień. Ale jest jedna rzecz, którą wam uręczam - święty raj jest wam szeroko otwarty, posiądziecie się tuż koło Niewiniątek." Na te słowa we Francuzach tak się wzmogło serce, że nie masz ani jednego, który by nie krzyczał: "Montjoie!"

CXVI

BYŁ TAM PEWIEN SARACEN Z SARAGOSSY (pół miasta należy do niego), Klimboryn niegodny. On to, przyjąwszy przysięgę hrabiego Ganelona, z przyjaźni ucałował go w usta i dał mu swój hełm i swój karbunkuł. Pohańbi (powiada) ziemię francuską i cesarzowi zedrze jego koronę. Wsiada na konia, którego zwą Barbamuszem, chybszego niźli sokół lub jaskółka. Spina go dobrze, puszcza mu cugle i pędzi ugodzić Gaskończyka Engeliera. Ani tarcz, ani zbroja nie mogą go ochronić. Poganin zatapia mu w ciele ostrze swej włóczni; naciska, całe żelazo przechodzi na wskroś; chwyciwszy oburącz drzewce, wali go na wznak na pole, po czym krzyczy: "To nasienie trzeba wygubić! Bijcie, poganie, aby przerwać ciżbę!" Francuzi powiadają: "Boże, cożeśmy za rycerza stracili!"

CXVII

Hrabia Roland woła Oliwiera: "Panie towarzyszu, oto Engelier zabit, nie mieliśmy mężniejszego rycerza!" Hrabia odpowiada: "Niechaj Bóg darni go pomścić!" Spina konia szczerozłotymi ostrogami. Nastawia swoją Hauteclaire, stal jest zakrwawiona; całą siłą uderza poganina. Potrząsa klingą w ranie i Saracen pada; diabły porywają jego duszę. Potem zabija diuka Alfaina, ucina głowę Eskababie i wysadza z siodła siedmiu Arabów - ci już nie zdadzą się w bitwie. Roland powiada: "Mój towarzysz się pogniewał. Dobry to jest druh przy moim boku. Za takie ciosy Karol mocniej nas ukocha." I bardzo głośno krzyczy: "Bijcie, rycerze!"

CXVIII

Z drugiej strony spieszy poganin Waldabron; on to pasował króla Marsyla na rycerza. Ma on na morzu czterysta statków; nie masz żeglarza, który by mu nie podlegał. Zdobył Jerozolimę zdradą, pogwałcił świątynię Salomona i nad sadzawką zabił patriarchę. To on, przyj ąwszy przysięgę hrabiego Ganelona, dał mu swój miecz i tysiąc dukatów. Dosiada konia, którego zowią Gramimondem, sokół nie jest tak rączy! Spina go ostrymi ostrogami i pędzi, aby natrzeć na Samsona, potężnego diuka. Kruszy mu tarczę, psuje pancerz, wbija mu w ciało proporzec i chwyciwszy oburącz drzewce wysadza go z siodła i kładzie trupem. "Bijcie, poganie, zwyciężymy ich snadnie!" Francuzi powiadają: "Boże, cóż za żałoba po takim baronie!"

CXIX

Kiedy hrabia Roland widzi, że Samson padł, rozumiecie, iż przejęło go to dotkliwą boleścią. Kłuje konia, pędzi co sił na poganina. Dzierży swego Durendala, który więcej jest wart niż szczere złoto. Pędzi waleczny rycerz i wali go co sił po hełmie, na którym kamienie oprawne są w złoto. Rozcina mu głowę i pancerz, i tułów, i piękne siodło wysadzane kamieniami, i koniowi nadcina głęboko krzyża; i - ha, niech, kto chce, gani go albo chwali! - zabija obu. Poganie mówią: "Okrutny to dla nas cios!" Roland odpowiada: "Nie mogę waszych miłować, pycha idzie za wami i krzywda!"

CXX

Był tam Afrykanin przybyły z Afryki; to Malkinat, syn króla Malkuda. Zbroja na nim ze szczerego złota, błyszczy w słońcu ponad wszystkie inne. Siedzi na koniu, którego zowią Szalony Skok; nie masz bydlęcia, które by mu dorównało w biegu. Spieszył ugodzić Anzeisa w tarczę; obcina mu pola lazurowe i czerwone. Przerwał mu siatkę kolczugi, wbija mu w ciało kopię, żelazo i drzewce. Hrabia padł martwy, czas jego przeminął. Francuzi mówią: "Baronie, jakże żal nam ciebie!"

CXXI

Jedzie polem arcybiskup Turpin. Nie było człeka z wygoloną tonsurą i śpiewającego msze, który by dokazał tylu znamienitych czynów. Rzecze do poganina: "Niech Bóg na ciebie ześle wszystko nieszczęście! Zabiłeś męża, którego serce me żałuje." Wypuszcza przed siebie dzielnego rumaka i wali poganina w tarczę toledańską takim ciosem, że kładzie go martwego na zieloną murawę.

CXXII

Z drugiej strony przybywa poganin, Grandwin, syn Kapuela, króla Kapadocji. Siedzi na koniu, którego nazywa Marmojrem; szybszy to koń niż wszelki ptak w powietrzu. Puszcza cugle, spina go ostrogą i pędzi ugodzić Geryna całą siłą. Kruszy mu złocistą tarczę, strąca mu ją ze szyi. Następnie rozpruwa mu pancerz, zatapia mu w ciało cały swój błękitny proporzec i wali go trupem na wysoką skałę. Zabija jeszcze Geriera, jego towarzysza, i Beranżera, i Wita z Antonin, po czym uderza na bogatego diuka, Astorga, który trzymał lennem Walencję i Anwer nad Rodanem. Wali go trupem; poganie się cieszą. Francuzi mówią: "Co za pomór na naszych!"

CXXIII

Hrabia Roland trzyma swój miecz zakrwawiony. Posłyszał dobrze, że Francuzi tracą ducha. Tak się tym zafrasował, że omal mu serce nie pęknie. Rzekł do poganina: "Niechaj Bóg ześle na ciebie wszystkie nieszczęścia! Drogo ci sprzedam tego, któregoś zabił!" Spina konia. Który zwycięży? Oto się zmagają.

CXXIV

Grandwin był dzielny i waleczny, krzepki i śmiały w boju. Na drodze swojej spotkał on Rolanda. Nigdy go nie widział; poznaje go wszelako po hardej twarzy, po pięknym ciele, po spojrzeniu i postawie; zląkł się, nie może tego ukryć. Chce uciekać, ale na próżno. Hrabia ugodził go ciosem tak cudownym, że przeciął mu cały hełm aż do przyłbicy, przecina mu nos i usta, i zęby, i cały tułów, i kolczugę z tęgiego drutu, i srebrny łęk u złoconego siodła, i głęboko wbija miecz w grzbiet konia. Nie masz lekarstwa, zabił ich obu i jęknęli wszyscy hiszpańscy rycerze. Francuzi powiadają: "Nasz wódz dobrze kropi!"

CXXV

Bitwa jest cudowna; staje się coraz zażartsza. Francuzi walą krzepko i wściekle. Przecinają pięści, boki, krzyże, przeszywają odzież do żywego ciała i krew płynie jasnym strumieniem po zielonej trawie. "Francjo, Francjo, niech cię Mahomet przeklnie! Nad wszystkie ludy lud twój jest śmiały!" Nie masz Saracena, iżby nie krzyczał: "Marsyl! Przybywaj, królu! Trzeba nam pomocy!"

CXXVI

Bitwa jest cudowna i wielka. Francuzi walą ciemnymi kopiami. Gdybyście widzieli tyle cierpień, tyle ludzi nieżywych, rannych, okrwawionych! Leżą kupami, twarzą ku niebu, twarzą ku ziemi. Saraceni nie mogą strzymać dłużej, po woli czy po niewoli opuszczają pole. Frankowie pilnie gonią za nimi.

CXXVII

Hrabia Roland woła Oliwiera: "Panie towarzyszu, przyznaj, że arcybiskup jest tęgi chwat; nie ma lepszego pod słońcem, umie się bawić i kopią, i włócznią." Hrabia odpowiada: "Zatem spieszmy mu z pomocą!" Na te słowa Frankowie wszczynają na nowo bitwę. Ciężkie padają ciosy, bitwa jest sroga. Chrześcijanie są w wielkiej potrzebie. Pięknie byłoby widzieć Rolanda i Oliwiera, jak walą, jak koszą mieczami! Arcybiskup uderza włócznią. Można oszacować liczbę tych, których zabili; napisane jest (powiada pieśń) w kronikach i bullach - zabili więcej niż cztery tysiące. Przy pierwszych czterech natarciach pięknie dotrzymali placu; piąty zaważył im ciężko. Wyginęli wszyscy francuscy rycerze, z wyjątkiem sześćdziesięciu, których Bóg oszczędził. Zanim zginą, drogo sprzedadzą życie.

CXXVIII

Hrabia Roland widzi wielką rzeź swoich. Woła Oliwiera, swego towarzysza: "Miły panie, drogi towarzyszu, na Boga, co o tym rozumiesz? Widzisz tylu junaków leżących na ziemi! Mamy wielką przyczynę płakać nad słodką Francją, nad piękną ojczyzną! Jakże pusta będzie, stradawszy takich baronów!" Ach, królu, przyjacielu, czemuż cię tu nie ma? Oliwierze, bracie, co my poczniemy? Jak zdołamy mu przesłać nowiny?" Oliwier powiada: "Jak? Nie wiem. Mogliby o tym mówić ku naszej hańbie, wolę raczej umrzeć!"

CXXIX

Roland powiada: "Zatrąbię w róg. Karol usłyszy, przebywa teraz przełęcz. Przysięgam ci, wrócą Francuzi!" Oliwier powiada: "To byłby dla wszystkich twoich krewnych wielki wstyd i hańba i ten despekt ciążyłby na nich całe życie. Kiedy cię prosiłem, abyś to zrobił, nie chciałeś. Zróbże teraz; nie zrobisz tego z mojej rady. Trąbić w róg to by nie był czyn mężnego rycerza! Ale jak twoje ręce są zakrwawione!" Hrabia odpowiada: "Waliłem nimi tęgo!"

CXXX

Roland powiada: "Sroga jest dla nas ta bitwa. Zatrąbię w róg; nasz Karol usłyszy." Oliwier powiada: "Nie byłby to czyn godny rycerza! Kiedym ci mówił, abyś to uczynił, nie chciałeś, druhu. Gdyby król był z nami, nie bylibyśmy nic ucierpieli. Ci, co tu leżą, nie zasługują na żadną naganę. Na tę moją brodę, jeśli ujrzę jeszcze Odę, moją słodką siostrę, nie będziesz nigdy spał w jej ramionach!"

CXXXI

Roland powiada: "Skadże przeciw mnie taki gniew?" Oliwier odpowie: "Towarzyszu, to twoja wina, bo dzielność roztropna a szaleństwo to są dwie różne rzeczy, a miara warta jest więcej niż zarozumienie. Jeśli nasi Francuzi pomarli, to przez twojąp łochość! Nigdy już nie będziemy służyli Karolowi. Gdybyś był mnie usłuchał, nasz pan byłby powrócił; bylibyśmy tę bitwę wygrali; króla Marsyla bylibyśmy ubili lub wzięli żywcem. Na naszą zgubę oglądaliśmy, Rolandzie, twoją dzielność, Karol Wielki - nigdy nie będzie już takiego człowieka aż do dnia sądu! - nie będzie już miał z nas pomocy. Ty zginiesz i Francja ucierpi stąd hańbę. Dziś bierze koniec nasze wierne druhostwo - nim przyjdzie wieczór, rozstaniemy się; i to będzie ciężkie!"

CXXXII

Słyszy ich arcybiskup, jak się wadzą. Spina konia szczerozłotymi ostrogami, pędzi ku nim i łaje ich obu: "Panie Rolandzie i ty, panie Oliwierze, błagam was na Boga, nie kłóćcie się! Trąbić w róg, ha, to już was nie ocali. Mimo to zatrąbcie, tak będzie lepiej. Przyjdzie król, będzie mógł nas pomścić; nie trzeba, aby ci z Hiszpanii wrócili radzi do domu. Nasi Francuzi zsiada tutaj z konia, znajdą nas zabitych lub okaleczonych: włożą nas do trumien, uniosą nas na jucznych bydlętach i będą nas opłakiwali, pełni bólu i litości. Pogrzebią nas w kruchtach kościelnych, nie zjedzą nas wilki, wieprze i psy." Roland rzecze: "Panie, dobrze powiedziałeś!"

CXXXIII

Roland przytknął róg do ust. Obejmuje go dobrze ustami, dmie weń ile tchu. Wysokie są góry i daleki głos rogu - na trzydzieści dobrych mil słychać go w oddali. Karol słyszy i słyszą wszystkie szyki jego wojska. Karol mówi: "Nasi ludzie wydają bitwę!" A Ganelon sprzeciwia mu się: "Gdyby to rzekł kto inny, ujrzano by w tym, wierę, wielkie łgarstwo".

CXXXIV

Hrabia Roland z wielkim wysiłkiem, z wielką męką, bardzo boleśnie dzwoni w swój róg. Z ust jego tryska jasna krew. Skroń mu pęka. Głos rogu rozlega się w oddali. Karol słyszy go przebywając przełęcz. Książę Naim słucha, Frankowie słuchają. Król powiada: "To róg Rolandowy! Nie dzwoniłby weń, gdyby nie wydawał bitwy!" Ganelon odpowie: "Nie ma bitwy! Stary jesteś, głowa twoja jest biała i oszedziała, przez takie słowa podobny jesteś do dziecka. Znasz dobrze pychę Rolanda; to cud, że Bóg ją tak długo cierpi. Czyż nie poważył się wziąć Noples bez twego rozkazu? Saraceni uczynili wypad i potykali się z Rolandem, twym dobrym wasalem; pazabijał ich ostrzem swego miecza; aby zatrzeć ślady, zalał zakrwawione łąki i zatopił je wodą. Dla jednego zająca on gotów cały dzień trąbić w róg.To musi być jakaś igraszka, którą zabawia się ze swymi ludźmi. Któż by, u Boga, odważył się wydać mu bitwę? Jedźże, królu! Czego się zatrzymujesz? Ziemia nasza jest jeszcze daleko przed nami."

CXXXV

Hrabia Roland ma zakrwawione usta. Skroń mu pękła. Dzwoni w róg boleśnie, z lękiem. Karol słyszy i Francuzi słyszą. Król powiada: "Ten róg ma długi dech." Książę Naim odrzecze: "To dlatego, że dzielny rycerz weń dmie. Wydaje bitwę, jestem tego pewien. Ten sam, który go zdradził, namawia cię teraz, abyś chybił swej powinności. Uzbrój się, krzyknij swój okrzyk wojenny i wspomóż swą drużynę. Słyszysz wyraźnie - to Roland jest w rozpaczy!"

CXXXVI

Cesarz każe trąbić w rogi. Francuzi zsiadają z koni i zbroją się w pancerze, hełmy i miecze zdobne złotem. Mają tarcze pięknie rzeźbione i kopie wielkie i silne, i proporce białe, czerwone i niebieskie. Wszyscy baronowie w całym wojsku dosiadają rumaków bojowych. Spinają je ostrogą przez cały czas, gdy jadą przez wąwozy. Nie masz takiego, który by nie rzekł do kompana: "Jeśli zdybiemy Rolanda jeszcze przy życiu, będziemy z nim rąbali tęgo!" Na co tu słowa? Zbytnio zwlekali.

CXXXVII

Dzień się pochyla, zachód błyszczy. Zbroje lśnią się pod słońce. Błyszczą zbroje i hełmy, i tarcze malowane w kwiaty, i kopie, i złocone chorągwie. Cesarz jedzie pełen złości i Francuzi stroskani i gniewni. Nie masz jednego, który by nie płakał boleśnie; wszystkich przejmuje lęk o Rolanda. Król kazał pochwycić hrabiego Ganelona; oddał go swoim dworskim kucharzom. Woła Bezgona, ich naczelnika: "Strzeż mi go pilnie, tak jak się powinno strzec takiego zdrajcę; wydał mój dom przez zdradę". Bezgon wziął go pod straż i postawił przy nim stu kuchtów lepszych i gorszych. Wydzierają mu włosy z brody i wąsów, biją go co wlezie pięścią, biją go polanami i kijami i kładą mu na szyj ę łańcuch jak niedźwiedziowi. Na pohańbienie wsadzają go na juczne zwierzę. Tak go pilnują aż do dnia, w którym go oddadzą Karolowi.

CXXXVIII

Wysokie są góry i mroczne, i wielkie, głębokie doliny, rwące strumienie. W tyle, w przedzie trąby dzwonią; wszystkie wraz odpowiadaj ą rogowi. Cesarz jedzie zgniewany i Francuzi zgniewani i strapieni. Nie masz jednego, który by nie płakał i nie zawodził. Proszą Boga, aby chronił Rolanda, aż wszyscy oni nie przybędą na pole bitwy; wówczas razem z nim będą bili. Na co modły? Nie zdały się na nic. Zapóźnili się, nie zdążą już na czas.

CXXXIX

Pełen gniewu jedzie cesarz Karol. Na pancerzu rozkłada się jego siwa broda. Wszyscy baronowie z całej Francji bodą konie ostrogami. Nie masz takiego, który by nie biadał, że nie jest z wodzem Rolandem, kiedy ów walczy z hiszpańskimi Saracenami. Jest w takiej udręce, że pewnie tego nie przeżyje. Boże, co za baronowie, tych sześćdziesięciu, którzy zostali się przy nim! Nigdy żaden król ani wódz nie miał tęższych.

CXL

Roland patrzy na góry, na pola. Tylu Francuzów widzi leżących bez życia, zapłakał nad nimi szlachetny rycerz: "Panowie baronowie, niech Bóg wam uczyni zmiłowanie! Niech wpuści dusze was wszystkich do raju! Niech je położy między swoje święte kwiaty! Nigdy nie widziałem lepszych od was wasalów. Tak długoście bez wytchnienia pełnili przy mnie służbę, zdobyliście dla Karola tak wielkie kraje! Cesarz was żywił na swoje nieszczęście. Ziemio francuska, jesteś lubym krajem - w tym dniu najgorsza klęska okryła cię żałobą! Barony francuskie, widzę oto, jak giniecie dla mnie, i nie mogę was obronić ani ocalić; niech Bóg was wspiera, on, co nigdy nie skłamał. Oliwierze, bracie, nie mogę cię opuścić. Umrę z boleści, jeśli mnie co insze nie zabije. Towarzyszu, weźmy się do bicia dalej!"

CXLI

Hrabia Roland wrócił do bitwy. Ma w dłoni Durendala; bije jak tęgi rycerz. Pociął na sztuki Faidryna z Puj i dwudziestu czterech innych, nie lada jakich. Nigdy człowiek żaden tak gorąco nie pragnął się pomścić. Jak jeleń umyka przed psami, tak umykają przed Rolandem poganie. Arcybiskup powiada: "Oto mi robota! Tak powinien się spisywać rycerz, który nosi dobrą broń i siedzi na dobrym koniu; inaczej niewart ani szeląga; niech raczej zostanie mnichem w klasztorze i niech co dzień się modli za nasze grzechy!" Roland odpowiada: "Bijcie, nie oszczędzajcie ich!" Na to słowo Frankowie zaczynają na nowo. Ale chrześcijanie ucierpieli tam wielce.

CXLII

Kiedy wiadomo, że nie będzie się brało jeńców, ludzie bronią się silnie w takiej bitwie. Dlatego to Frankowie waleczni są jak lwy. Oto spieszy przeciw nim, jak szczery baron, Marsyl. Siedzi na koniu, którego zwie Ganionem. Spina go ostrogą i ma ugodzić Bewona: był to pan Dyżonu i Bon. Łamie jego tarczę, przecina kolczugę i nie czyniąc mu innej krzywdy wali go trupem. Potem zabija Iwona i lwuara; z nimi Gerarda z Rusylonu. Hrabia Roland jest niedaleko; mówi do poganina: "Niech cię Bóg przeklnie! Tak niegodziwie wybiłeś mi towarzyszów. Zapłacisz mi, nim się rozstaniemy, i poznasz imię mego miecza!" Jak szczery baron zamierza na niego; przecina mu prawą pięść. Potem bierze głowę Jurfalowi Płowemu; był to syn króla Marsyla. Poganie krzyczą: "Pomagaj, Mahomecie! Wy, bogi nasze, pomścijcie nas na Karolu! Na tę ziemię przysłał nam takich okrutników, że choćby mieli paść, nie ustąpią pola!" Jeden rzecze do drugiego: "Zatem uciekajmy!" I sto tysięcy ich ucieka; wołaj ich, kto zechce, nie wrócą!

CXLIII

Na co się zda ich klęska? Jeśli Marsyl uciekł, został wuj jego Marganis, który dzierży Kartaginę i Etiopię, przeklętą ziemię; ma w swoim królestwie czarne plemię ludzi. Nosy maj ą wielkie, uszy szerokie; jest ich razem więcej niż pięćdziesiąt tysięcy. Wypuszczaj ą konie śmiało, wściekle, po czym wydają okrzyk wojenny pogan. Za czym Roland powiada: "Tutaj zniesiemy męczeństwo; wiem to dobrze, że niedługo mamy już żyć. Ale hańba temu, który wprzód nie sprzeda się drogo! Bijcie, panowie, hartownymi mieczami i walczcie o waszą śmierć i o wasze życie, iżby słodka Francja nie doznała przez nas hańby! Kiedy na to pole przybędzie Karol, mój pan, kiedy ujrzy, jaką sprawiedliwość wymierzyliśmy Saracenom, a za każdego z naszych znajdzie ich piętnastu zabitych, pewnie nas pobłogosławi!"

CXLIV

Kiedy Roland widzi przeklęte plemię, czarniejsze od inkaustu i nie mające nic białego prócz zębów, powiada: "Wiem teraz prawdę - to, że dziś pomrzemy. Bijcie, Francuzi, bo ja zaczynam na nowo!" Oliwier rzekł: "Hańba niech będzie najopieszalszemu!" Na te słowa Francuzi runęli w ich kupę.

CXLV

Kiedy poganie widzą, że Francuzów jest mało, rosną w pychę i krzepią się na duchu. Powiadają jeden do drugiego: "Zła musi być sprawa cesarza!" Marganis dosiada srokatego konia; spina go silnie złotymi ostrogami, uderza Oliwiera z tyłu w plecy; włócznia przeszywa pierś i wychodzi drugą stroną. Po czym mówi: "Oto dostałeś tęgi cios! Karol, król Wielki, zostawił cię w wąwozie na twoją zgubę. Jeżeli nam wyrządził szkodę, nie ma się czym chwalić; bodaj na tobie jednym dobrze pomściłem naszych!"

CXLVI

Oliwier czuje, że jest ugodzony na śmierć. Trzyma Hauteclaire, swój miecz z błękitnej stali; uderza Marganisa w spiczasty hełm, cały złocony. Zrywa zeń ozdoby i kryształy, rozcina mu głowę aż po zęby. Obraca brzeszczot w ranie i wali go trupem. Powiada następnie: "Przeklęty bądź, poganinie! Nie powiadam, że Karol nic nie stracił; ale przynajmniej nie będziesz w królestwie swoim chwalił się przed żadną kobietą ani damą, że mi wziąłeś bodaj szeląga ani żeś zrobił jakąś krzywdę bądź mnie, bądź komukolwiek w świecie!" Po czym woła Rolanda, aby go wspomógł.

CXLVII

Oliwier czuje, że jest zraniony śmiertelnie. Nie może się nasycić pomstą. W najgęstszej ciżbie wali jak szczery baron. Rąbie na sztuki kopie i tarcze, nogi i ręce, siodła i krzyże. Kto by go widział, jak on ćwiartuje pogan, jak wali trupa na trupa, ten zapamiętałby dzielnego rycerza. Nie zapomina okrzyku Karola: Montjoie! Krzyczy głośno i dźwięcznie. Woła Rolanda, swego para i druha: "Cny towarzyszu, przybądź tu do mnie, przybądź blisko; z wielką mą boleścią przyjdzie nam się rozstać dzisiaj!"

CXLVIII

Roland patrzy Oliwierowi w twarz; widzi go zmienionym, zgaszonym, bladym, bez krwi. Krew jego jasna spływamu po ciele; sople padają na ziemię. "Boże - powiada hrabia - nie wiem już, co robić! Cny towarzyszu, jakże mi żal twego męstwa. Nigdy nie znajdę równego tobie. Ach, słodka Francjo, zostaniesz i ty dziś sierotą po dobrych wasalach, upokorzona i uboga! Cesarz poniósł wielką szkodę." To rzekłszy mdleje na koniu.

CXLIX

Oto Roland zemdlony na koniu, a Oliwier zraniony śmiertelnie. Tyle krwi stracił, że oczy mu się zamgliły; nie widzi już dość jasno, aby poznać z daleka czy z bliska człowieka. Kiedy zbliżył się do swego towarzysza, ciął go w hełm zdobny złotem i klejnotami, przeciął cały aż do przyłbicy; ale nie dosięgną! głowy. Na ten cios Roland popatrzył nań i pyta łagodnie, z miłością: "Cny towarzyszu, czy ty to robisz umyślnie? To ja, Roland, który cię tak kocha! Wszak nie przysłałeś mi zgoła wyzwania!" Oliwier rzecze: "Teraz słyszę twój głos. Nie widzę cię; niechaj Bóg zechce cię widzieć! Ugodziłem cię, przebacz mi!" Roland odpowiada: "Nie zrobiłeś mi nic złego. Przebaczam ci tutaj i w obliczu Boga." Na te słowa pochylili się ku sobie. I tak, w wielkiej miłości, rozstali się.

CL

Oliwier czuje, że śmierć go oblega. Oczy kołują mu w głowie, traci słuch i do reszty wzrok. Zsiada z konia, kładzie się na ziemi. Wielkim głosem wyznaje swoje winy; z rękami złożonymi i wzniesionymi do nieba prosi Boga, aby mu dał raj i aby błogosławił Karola i słodkąFrancję, i ponad wszystkich innych Rolanda, dobrego towarzysza. Serce mu słabnie, hełm spada, całe ciało ściele się na ziemi. Hrabia umarł, dłużej już nie wyżył; waleczny Roland płacze i jęczy po nim. Nie usłyszycie na ziemi boleśniejszej skargi!

CLI

Roland widzi, że jego druh pomarł i że leży twarzą ku ziemi. Bardzo łagodnie powiada mu na pożegnanie: "Towarzyszu, żal mi twej dzielności! Byliśmy razem i lata, i dnie; nigdy nie wyrządziłeś mi nic złego i nigdy ja tobie. Kiedyś ty oto nieżywy, i mnie obmierzło życie!" Na te słowa margrabia omdlewa na koniu, który się zwie Wejlantyf. Strzemiona szczerozłote trzymają go prosto na siodle; nie może spaść, chociaż się przechylił.

CLII

Nim Roland się ocknął, nim przyszedł do siebie i zbudził się z omdlenia, zdarzyła mu się wielka szkoda - Francuzi pomarli, wszystkich stracił prócz arcybiskupa i Gotiera z Hum. Gotier zjechał z gór; przeciw tym z Hiszpanii bił się mężnie. Ludzie jego padli, poganie zwyciężyli ich. Rad nierad ucieka w doliny, wzywa Rolanda, aby go wspomógł: "Ha, luty hrabio, dzielny rycerzu, gdzie jesteś? Nigdym nie zaznał lęku, póki ty byłeś przy mnie. To ja, Gotier, ten, który zdobył Malgut; ja, siostrzan starego, sędziwego Drona. Za moją dzielność umiłowałeś mnie wśród swoich ludzi. Kopia moja strzaskana i tarcza przebita, i mój pancerz podarty i popruty. Umrę, ale drogo się sprzedałem!" Te ostatnie słowa Roland usłyszał. Spina konia ostrogą i prąc naprzód spieszy ku niemu.

CLIII

Roland pełen jest boleści i gniewu. W największej ciżbie zaczyna bić. Sam kładzie trupem dwudziestu Hiszpanów, Gotier sześciu, arcybiskup pięciu. Poganie mówią: "Ha, okrutnicy! Baczcie, panowie, aby nie uszli żywcem. Zdrajca, kto ich nie napadnie, a tchórz, kto im pozwoli ujść!" Wówczas zaczęły się znów wycia i krzyki. Ze wszystkich stron wracają do natarcia.

CLIV

Hrabia Roland jest szlachetny rycerz, Gotier z Hum dzielny wojownik, arcybiskup bywały człowiek. Żaden nie chce zostać w tyle. W największej ciżbie walą pogan. Tysiąc Saracenów zsiada na ziemię; na koniu jest ich czterdzieści tysięcy. Patrzcie na nich - nie śmiej ą się zbliżyć! Z dala rzucaj ą na nich lance i włócznie, pociski i groty, i strzały, i dzidy. Od pierwszych ciosów zabili Gotiera. Turpinowi rejmskiemu przebili tarczę, skruszyli hełm i uderzyli go w głowę; rozpruli mu kolczugę, przebili ciało czterema włóczniami. Ubili pod nim konia. Wielka to żałość patrzeć, jak arcybiskup pada.

CLV

Kiedy Turpni rejmski czuje, że spada z konia z ciałem przeszytym czterema włóczniami, szybko się prostuje, dzielny rycerz! Szuka spojrzeniem Rolanda, biegnie do niego i powiada tylko jedno słowo: "Nie jestem zwyciężony! Rycerz, póki żyje, nie poddaje się!" Dobywa swego Almasa, miecza z błękitnej stali, w najgęstszej ciżbie zadaje tysiąc i więcej ciosów. Niebawem Karol uzna, że nie oszczędzał nikogo, bo znajdzie dokoła niego czterystu Saracenów, jednych zranionych, innych przeszytych na wylot, innych z uciętą głową. Tak powiada kronika; tak podaje ten, co był przytomny bitwie - szlachetny Idzi, dla którego Bóg uczynił cudy, zapisał to w księgach w laońskim klasztorze. Kto nie wie tego wszystkiego, nie rozumie tej historii.

CLVI

Hrabia Roland walczy szlachetnie, ale ciało jego jest mokre od potu i rozpalone; w głowie czuje wielkie cierpienie - od tego dęcia w róg skroń mu pękła. Ale chce wiedzieć, czy Karol przybędzie. Bierze róg, dmie w niego, ale słabo. Cesarz zatrzymuje się, słucha: "Panowie, rzecze, biada nam! Roland, mój siostrzan, opuszcza nas w tej dobie. Po dźwięku jego rogu rozumiem, że mu już niedługo życia. Kto chce go zastąpić, niech przynagli konia! Grajcie w trąby, ile ich jest w wojsku!" Sześćdziesiąt tysięcy trąb gra, i tak głośno, że odbrzmiewają góry, odpowiadają doliny. Poganie słyszą, zgoła im nie do śmiechu. Jeden rzecze do drugiego: "Rychło będziemy mieli Karola na karku!"

CLVII

Poganie mówią: "Cesarz wraca; słyszycie, to trąby Francuzów. Jeśli Karol przybędzie, przyjdzie na nas czarna godzina. Jeśli Roland wyżyje, wojna zacznie się na nowo; Hiszpania, nasza ziemia, stracona!" Zbiera się czterystu mających hełmy na głowie, z tych, co uchodzą za najlepszych w bitwie. Wydają Rolandowi walkę zaciętą i ostrą. Hrabia, jak na jednego, ma dosyć roboty.

CLVIII

Kiedy widzi, że nadciągają, hrabia Roland staje się mocniejszy, wynioślejszy, gorętszy. Póki będzie żyw, nie ustąpi im kroku. Dosiada konia, którego zowie Wejlantyf. Spina go szczerozłotymi ostrogami, w największej ciżbie przypiera ich wszystkich. Z nim arcybiskup Turpin. Poganie mówią do siebie: "Przyjaciele, uchodźmy! Słyszeliśmy trąby Francuzów! Karol wraca, potężny król!"

CLIX

Hrabia Roland nigdy nie kochał tchórza ani pyszałka, ani złośliwca, ani rycerza, który by nie był dzielnym wojownikiem. Woła arcybiskupa Turpina: "Panie, ty jesteś pieszo, a ja na koniu. Dla twej miłości dotrzymam tu pola. Razem ścierpimy złe i dobre; nie opuszczę cię dla żadnego żywego człowieka. Oddamy poganom wet za wet. Durendal to najlepszy mówca!" Arcybiskup powiada: "Hańba temu, kto dobrze nie bije! Karol wraca, pomści nas!"

CLX

Poganie mówią: "W złej godzinieśmy się porodzili! Co za bolesny dzień dla nas! Straciliśmy naszych panów i naszych parów. Karol wraca, pan mężny, ze swoim wielkim wojskiem. Słyszymy, jak grają donośnie trąby Francuzów. Głośno się rozlega ich zawołanie: Montjoie! Hrabia Roland jest rycerz tak mężny, że żaden człowiek z krwi i ciała nie zwycięży go nigdy. Wypuśćmy na niego strzały, a potem zostawmy mu pole". I wypuścili na niego grotów i pocisków bez liku, i włócznie, i dzidy, i pierzaste strzały. Złamali i przedziurawili mu tarczę, strzaskali i rozpruli kolczugę; ale ciała nie dosięgli. Zranili wszakże konia jego trzydziestu ranami; pod hrabią ubili go na śmierć. Poganie uciekają, poniechali walki. Hrabia Roland został na miejscu, spieszony.

CLXI

Poganie uciekąją, strapieni i gniewni. Pędzą do Hiszpanii z wielkim wysiłkiem. Hrabia Roland nie może ich ścigać - stracił swego dobrego rumaka; rad nierad został spieszony. Idzie do arcybiskupa Turpina, aby mu nieść pomoc; odpina mu z głowy henn wykładany złotem, zdejmuje mu biały, lekki pancerz. Wziął swój kaftan i pociął go na sztuki i utkał połami jego wielkie rany. Następnie wziął go w ramiona przyciskając do piersi; i na zielonej murawie ułożył go miękko. Bardzo łagodnie rzekł do niego z prośbą: "Ha, luty panie, puść mnie od siebie; nasi towarzysze, którzy nam byli tak drodzy, oto pomarli, nie powinniśmy ich opuścić. Chcę ich odszukać i rozpoznać, i przed tobą ich zgromadzić, i ułożyć." Arcybiskup powiada: "Idź i wracaj! To pole jest twoje, Bogu dzięki, i moje!"

CLXII

Roland idzie. Idzie przez pola, sam samiutki. Szuka po dolinach, szuka po górach. Tam znalazł Iwora i Iwona, a potem znalazł Gaskończyka Engeliera. Tam znalazł Geryna i Geriera, jego towarzysza, i potem znalazł Beranżera i Atona. Tam znalazł Anzeisa i Samsona, i potem znalazł starego Gerarda z Rusylonu. Jednego po drugim wziął dzielny rycerz i wraca z nimi do arcybiskupa. U jego kolan złożył ich szeregiem. Arcybiskup płacze, nie może się wstrzymać. Podnosi rękę, daje błogosławieństwo. Potem rzecze: "Miłosierdzie nad wami, panowie. Niechaj wspaniałomyślny Bóg przyjmie wasze dusze. Niech je złoży w raju w święte kwiaty. I mnie jakże ciężko umierać! Nie ujrzęjuż mego potężnego cesarza!"

CLXIII

Roland znów wraca; znowu idzie szukać na polach, odnajduje swego druha, Oliwiera. Przyciska go do piersi, obejmując ciasno. Jak może, wraca do arcybiskupa. Kładzie Oliwiera na tarczy wpodle innych; arcybiskup rozgrzeszył ich i przeżegnał znakiem krzyża. Wówczas na nowo chwyta ich żal i litość. I Roland powiada: "Oliwierze, luty towarzyszu, byłeś synem diuka Reniera, który dzierżył marchię Val de Runers. W kruszeniu kopij i łamaniu tarczy, w zwyciężaniu i poskramianiu hardych, w krzepieniu roztropnych i wspieraniu ich radą nie było lepszego rycerza na ziemi..."

CLXIV

Widząc pomarłych swoich parów i Oliwiera, którego tak kochał, hrabia Roland rozczulił się; zaczyna płakać. Twarz mu zbielała. Tak wielka jest jego żałość, że niepodobna mu ustać, chce czy nie chce, pada na ziemię zemdlony. Arcybiskup powiada: "Żal na was patrzyć, baronie!"

CLXV

Kiedy arcybiskup ujrzał, że Roland mdleje, uczuł w sercu największą boleść, jakiej zaznał kiedy. Wyciągnął rękę, bierze róg. Jest w Ronsewal strumień; chce tam iść, aby przynieść Rolandowi wody. Drobnymi krokami oddala się chwiejnie. Jest tak słaby, że nie może się posuwać. Nie ma siły, za wiele stracił krwi; w niespełna tyle czasu, ile trzeba, aby przebyć jedną staję, serce mu osłabło, pada głową naprzód. Śmierć obejmuje go twardą ręką.

CLXVI

Hrabia Roland zbudził się z omdlenia. Wstaje na nogi, ale cierpi zbyt srodze. Patrzy w dół, patrzy w górę; na zielonej murawie, za swymi kompanami, widzi leżącego szlachetnego barona, arcybiskupa, którego Bóg umocował w swym imieniu nad ludźmi. Arcybiskup odmówił modlitwę, obrócił oczy ku niebu, złożył obie ręce i wznosi je - modli się do Boga, aby go wpuścił do raju. Po czym umiera rycerz Karolowy. Przez wielkie boje i bardzo piękne kazania był on całe życie jego szermierzem przeciw poganom. Niechaj Bóg mu udzieli swego świętego błogosławieństwa!

CLXVII

Hrabia Roland widzi arcybiskupa na ziemi. Obok jego ciała widzi leżące jego wnętrzności; mózg kapie mu z czoła. Na piersi, pięknie pośrodku, złożył swe białe ręce, tak piękne. Roland, wedle praw ludzkich, odmawia nad nim swoją skargę: "Ha, miły panie, rycerzu wielkiego rodu, polecam cię oto wspaniałemu Panu niebios. Nikt, wierę, chętniej nie będzie pełnił jego służby. Nigdy, od czasu apostołów, nie było takiego proroka, tak pilnego w strzeżeniu prawa i ściąganiu doń ludzi. Oby twoja dusza mogła nie cierpieć żadnego braku! Oby bramy raju były jej otwarte!"

CLXVIII

Roland czuje, że śmierć jest blisko. Uszami mózg mu się wylewa. Modli się do Boga za swoich parów, aby ich przyjął do nieba; następnie prosi anioła Gabriela za samego siebie. Bierze róg, iżby mu nikt nie robił wyrzutu, i drugą ręką swój miecz zwany Durendalem. Nieco dalej niż na strzelanie z kuszy idzie ku Hiszpanii przez pole. Wstępuje na wzgórek. Tam, pod pięknym drzewem, są cztery głazy z marmuru. Na zielonej trawie upada na wznak. Omdlewa, śmierć jego się zbliża.

CLXIX

Wysokie są góry i drzewa wysokie. Są tam cztery głazy marmurowe, błyszczące. Na zielonej trawie hrabia Roland omdlewa. Owo czyha nań Saracen, który udał martwego i leży wśród innych, pomazawszy krwią swoją twarz i ciało. Prostuje się, wstaje, nadbiega. Był piękny i silny, i mężny też wielce; i w pysze swojej popełnił szaleństwo, od którego zginie; chwyta się Rolanda i chwyta jego broń, i powiada jedno słowo: "Zwyciężony jest siostrzan Karola! Zaniosę jego miecz do Arabii!" Kiedy go ciągnął, hrabia odzyskał nieco zmysły.

CLXX

Roland czuje, że on mu bierze jego miecz. Otwiera oczuy i mówi tylko tyle: "Zda mi się, żeś ty nie nasz". Trzymał róg, którego nie chciał porzucić. Uderza go rogiem w hełm zdobny kamieniami, okładany złotem; łamie stal i czaszkę, i kości, wysadza mu z głowy oczy i u stóp swoich wali go trupem. Po czym powiada: "Poganinie, synu niewolnika, jak ty się ośmieliłeś dotknąć mnie, słusznie albo nie? Kto o tym usłyszy, będzie cię miał za szaleńca! Oto pękł mój róg, złoto i kryształ odpadły!"

CLXXI

Roland czuje, że oczy mu zachodzą mgłą. Staje na nogi, siłuje się, póki może. Twarz jego straciła barwę. Przed sobą widzi kawał skały. Wali w nią dziesięć razy, pełen żałoby i wściekłości. Stal zgrzyta; nie łamie się ani się nie szczerbi. "Ha - rzecze hrabia - Najświętsza Panno, bądź mi ku pomocy! Ha, Durendalu, dobry Durendalu, bieda z tobą! Skoro umieram, nie będę miał już pieczy o ciebie. Przez ciebie wygrałem w szczerym polu tyle bitew, przez ciebie ujarzmiłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol siwobrody. Nie idź mi nigdy w ręce człowieka zdolnego uciec przed drugim! Dobry wasal długo cię dzierżył; nie będzie nigdy podobnego tobie w świętej Francji!"

CLXXII

Roland uderza w krzemienną skałę. Miecz zgrzyta, nie pryska, nie szczerbi się. Kiedy widzi, że nie może go złamać, zaczyna w duszy lamentować nad nim: "Ha, Durendalu, jakiś ty piękny, jaki jasny i biały! Jak słońce lśnisz i płoniesz. Karol był w dolinie Maurieny, kiedy z nieba Bóg oznajmił mu przez anioła, aby cię dał jednemu ze swoich hrabiów i wodzów - wówczas opasał mnie tobą miły król nasz Wielki. Nim zdobyłem mu Andegawię i Bretanię, nim zdobyłem Puatwę i Men. Zdobyłem mu wolną Normandię i nim zdobyłem mu Prowancję i Akwitanię, i Lombardię, i całą Romanie. Zdobyłem mu Bawarię i całą Flandrię, i Burgundię, i całąApulię, i Konstantynopol, którego hołd przyjął, i Saksonię, gdzie czyni, co chce. Tobą, mieczu, zdobyłem mu Szkocję i Walię, i Islandię, i Anglię, jego włość, jak ją nazywał. Tobą zdobyłem tyle i tyle krajów, które dzierży Karol siwobrody. O ciebie, mieczu, gryzie mnie ból i troska. Raczej umrzeć niż cię zostawić poganom! Boże, Ojcze nasz, nie ścierp, aby Francja zaznała tego wstydu!"

CLXXIII

Roland uderzył mieczem o głaz! Walił nim więcej, niżbym zdołał powiedzieć. Miecz zgrzyta, nie pryska ani się nie łamie. Odskakuje ku niebu. Kiedy hrabia widzi, że go nie złamie, żałuje go w duszy bardzo łagodnie: "Ha, Durendalu, jakiś ty piękny i święty! Twoja złota gałka pełna jest relikwij: ząb świętego Piotra, krew świętego Bazylego i włosy wielebnego świętego Dionizego, strzęp szaty Najświętszej Panny. Nie godzi się, by poganie cię posiedli, chrześcijanie powinni pełnić twoją służbę. Obyś nigdy nie dostał się w ręce tchórza! Tobą zdobyłem tyle szerokich ziem, które dzierży Karol, cesarz siwobrody; przez ciebie jest potężny i bogaty."

CLXXIV

Roland czuje, że śmierć go bierze całego; z głowy zstępuje do serca. Biegnie rycerz pędem na szczyt góry, położył się na zielonej murawie, twarzą do ziemi. Pod siebie kładzie swój miecz i róg. Obrócił głowę ku zgrai pogan; tak czyni chcąc, aby Karol powiedział i wszyscy jego ludzie, że umarł jako zwycięzca i jako zacny hrabia. Raz po raz słabnącą ręką uderza się w piersi. Za grzechy swoje wyciąga ku niebu swoją rękawicę.

CLXXV

Roland czuje, że dobiegł już kresu. Leży na stromym pagórku twarzą ku Hiszpanii. Jedną ręką bije się w pierś: "Boże, przez Twją łaskę meaculpa, za moje grzechy, wielkie i małe, jakie popełniłem od godziny urodzenia aż do dnia, w którym oto poległem." Wyciągnął do Boga prawą rękawicę. Aniołowie z nieba zstępują ku niemu.

CLXXVI

Hrabia Roland leży pod sosną. Ku Hiszpanii obrócił twarz. Wiele rzeczy przychodzi mu na pamięć; tyle ziem, które zdobył dzielny rycerz, i słodka Francja, i krewniacy, i Karol Wielki, jego pan, który go wychował. Płacze i wzdycha, nie może się wstrzymać. Ale nie chce przepomnieć siebie samego; bije się w piersi i prosi Boga o przebaczenie: "Prawdziwy Ojcze, któryś nigdy nie skłamał, ty, któryś przywołał świętego Łazarza spośród umarłych, ty, któryś ocalił Daniela spomiędzy lwów, ocal mój ą duszę od wszystkich niebezpieczeństw za grzechy, którem popełnił w życiu!" Ofiarował Bogu swą prawą rękawicę, święty Gabriel wziął ją z jego dłoni. Opuścił głowę na ramię; doszedł, ze złożonymi rękami, swego końca. Bóg zsyła mu swego anioła Cherubina i świętego Michała opiekuna; z nimi przyszedł i święty Gabriel, Niosą duszę hrabiego do raju.

CLXXVII

Roland umarł; Bóg ma jego duszę w niebie. Cesarz przybywa do Ronsewal. Nie masz drogi ani ścieżki, ani sążnia, ani stopy wolnej ziemi, gdzie by nie leżał poganin albo Francuz. Karol woła: "Gdzie jesteś, miły siostrzanie?! Gdzie arcybiskup? Gdzie hrabia Oliwier? Gdzie Geryn i GerierJego towarzysz? Gdzie Oton i hrabia Beranżer? Iwon i Iwar, których tak kochałem? Co się stało z Engelierem Gaskończykiem? Z diukiem Samsonem? A z dzielnym Anzeisem? Gdzie jest stary Gerard z Rusylonu? Gdzie dwunastu parów, których mu zostawiłem?!" Na co mu się zda wołać, kiedy żaden nie odpowiada. "Boże - rzecze król - wielce trzeba mi rozpaczać! Czemuż nie byłem na początku bitwy?" Szarpie brodę jak człowiek zdjęty niepokojem; baronowie, rycerze płaczą; dwadzieścia ich tysięcy mdleje. Książę Naim czuje wielką litość.

CLXXVIII

Nie ma rycerza ani barona, który by rzewnie nie płakał z żalu. Płaczą swoich synów, swoich braci, swoich bratanków i swoich przyjaciół, i swoich suzerenów; wielu leży omdlałych na ziemi. Diuk Naim roztropnie postąpił, gdy pierwszy rzekł do cesarza: "Patrz naprzód, o dwie mile przed nami; ujrzysz kurz na gościńcach, tyle jest na nim saraceńskich wojów. Na koń, królu! Pomścijcie tę boleść!" "Ha, Boże - rzecze Karol -już są tak daleko! Poradźcie mi wedle prawa i czci. Toż oni sam kwiat słodkiej Francji mi wydarli!" Wołał Otona i Gebwina, Tybalda rejmskiego i hrabiego Milona: "Strzeżcie pola bitwy, po górach, po dolinach! Zostawcie umarłych, niech leżą, jak są. Niech żadne dzikie zwierzę ani lew ich nie ruszą! Niech ich nie ruszy żaden koniuszy ani giermek! Niech nikt nie ruszy, rozkazuję, dopóki Bóg nie pozwoli nam wrócić na to pole!" A oni odpowiadają z miłością, ze słodyczą: "Prawy cesarzu, drogi nasz panie, tak uczynimy!" Zatrzymali przy sobie tysiąc rycerzy.

CLXXIX

Cesarz każe trąbić w surmy; jedzie waleczny cesarz ze swym wielkim wojskiem. Dopadli tych z Hiszpanii z tyłu, gonią ich z jednakim męstwem, wszyscy naraz. Kiedy cesarz widzi, że ma się ku zmierzchowi, zsiada z konia na zieloną murawę na łące, kładzie się na ziemi i prosi Boga, aby dla niego zatrzymał słońce, iżby się noc spóźniła, a iżby dzień trwał. Wówczas przychodzi doń anioł, ten, który zwyczajnie z nim gada. Szybko daje mu ten rozkaz: "Karolu, jedź; jasny dzień będzie ci przyświecał. Postradałeś kwiat Francji, Bóg to wie. Możesz się zemścić na tym pieskim nasieniu." Rzekł, a cesarz dosiada konia.

CLXXX

Dla Karola Wielkiego Bóg zrobił wielki cud - słońce zatrzymuje się nieruchomo. Poganie uciekają, Frankowie ścigają ich chwacko. W Ciemnej Dolinie dopadają ich, prą żywo ku Saragossie, zabijają ich waląc ze szczerego serca. Odcięli ich od gościńca i od dróg co szerszych. Ebro jest przed nimi; woda jest głęboka, straszna, nagła; nie masz łodzi ani galaru, ani czółna. Poganie modlą się do swego boga, Terwaganta, po czym rzucają się w wodę; ale nikt ich nie ocali. Ci, którzy noszą hełm i kolczugę, są najciężsi; tonie ich bez liku; inni spływają w dół, najszczęśliwsi napili się tęgo. Wszyscy wreszcie topią się z wielkim lamentem. Francuzi krzyczą: "To za śmierć Rolanda!"

CLXXXI

Kiedy Karol widzi, że poganie wszyscy wyginęli, jedni zabici żelazem, a większość potopiona, i jaki wielki łup zebrali jego rycerze, zsiada z konia, godny król, kładzie się na ziemi i dziękuje Bogu. Kiedy się podniósł, słońce zaszło. Cesarz powiada: "Czas rozbić obóz, za późno nam wracać do Ronsewal. Konie są zmęczone i zdrożone. Rozkułbaczcieje, zdejmcie im uzdy i dajcie się im paść na murawie." Frankowie odpowiadają: "Panie, dobrze mówisz!"

CLXXXII

Cesarz rozbił obóz. Francuzi zsiadają z koni w pustej okolicy. Rozkułbacza ją konie, zdejmują im złocone uzdy, puszczają je na łąkę; jest tam obfitość świeżej trawy - to wszystko, co im dać mogą. Kto jest bardzo znużony, śpi na ziemi. Tej nocy nie rozstawiono straży.

CLXXXIII

Cesarz leży na łące. Dzielny rycerz ułożył wpodle głowy wielką kopię. Tej nocy nie chciał odłożyć broni; zachował swoją lśniącą kolczugę pięknie przetykaną; nie odpiął hełmu strojnego oprawnymi w złoto kamieniami ani miecza zwanego Radosnym; nigdy nie było podobnego miecza - co dzień odmieniał barwę trzydzieści razy. Znamy dzieje włóczni, którą zraniono Zbawiciela naszego na krzyżu; Karol z łaski Boga posiada jej ostrze i dał je wprawić w złotą gałkę miecza; dla tego zaszczytu i tej łaski miecz dostał miano Radosny. Baronom francuskim nie lżą tego zapominać; stąd też wzięli swoje zawołanie: "Montjoie!", i dlatego żaden naród nie może się im ostać.

CLXXXIV

Jasna jest noc i księżyc lśniący. Karol spoczywa, ale pełen jest żałoby o Rolanda i serce jego ciężkie jest z przyczyny Oliwiera i dwunastu parów, i Francuzów; zostawił ich w Ronsewal, pomarłych, okrwawionych. Płacze i lamentuje, nie może się uspokoić; i prosi Boga, aby zbawił ich dusze. Znużony jest, bo jego męka jest bardzo wielka. Usnął; nie może już dłużej. Na całej łące Francuzi posnęli. Ani jeden koń nie trzyma się na nogach; jeśli chcą trawy, szczypią ją leżący. Wiele się nauczył ten, kto cierpiał.

CLXXXV

Karol śpi jak człowiek, którego gryzie cierpienie. Bóg zesłał mu świętego Gabriela; jemu polecił, aby strzegł cesarza. Anioł stoi całą noc w jego głowach. Widzeniem ukazuje mu bitwę, jaką mu wydadzą. Ukazuje mu ją złowróżebnymi znaki. Karol wznosi oczy ku niebu. Widzi grzmoty i wiatry, i mrozy, straszne burze i nawałnice, i blask ognia i płomieni, które nagle spadły na jego wojsko. Kopie jesionowe i jabłonne zapalają się, takoż tarcze aż do guzów ze szczerego złota. Drzewce ostrych włóczni pękają; kolczugi i hełmy stalowe skręcają się; Karol widzi swoich rycerzy w wielkiej rozpaczy. Potem niedźwiedzie i leopardy chcą ich pożreć; węże i żmije, smoki i czarty. I jest tam więcej niż trzydzieści tysięcy gryfów, które wszystkie rzucają się na Francuzów. Francuzi krzyczą: "Karolu Wielki, na pomoc!" Król, wzruszony boleścią i litością, chce iść, ale nie może. Z lasu wychodzi nań wielki lew pełen wściekłości, pychy i zuchwalstwa. Lew targa się na samą osobę cesarską i zaczepia go; obejmują się wpół ciała, aby walczyć. Ale Karol nie wie, kto jest górą, kto dołem. Cesarz nie obudził się.

CLXXXVI

Po tym widzeniu przychodzi inne - jest we Francji, w Akwizgranie, na tarasie, i trzyma niedźwiedzia uwiązanego na dwóch łańcuchach. Widzi od Ardenów biegnących trzydzieści niedźwiedzi. Wszyscy mówią jak ludzie; powiadają mu: "Panie, oddaj go nam! Nie godzi się, abyś go przetrzymywał dłużej. To nasz krewniak, winni mu jesteśmy pomoc!" Aż z pałacu nadbiega chart. Na zielonej murawie, przed innymi, rzuca się na największego niedźwiedzia. Wtedy król patrzy na cudowną walkę. Ale nie wie, kto zwycięzcą, kto zwyciężonym. Oto co anioł z nieba pokazał rycerzowi. Karol śpi aż do białego dnia.

CLXXXVII

Król Marsyl uciekł do Saragossy. Pod drzewem oliwnym zesiadł z konia w cieniu. Oddał sługom swój miecz, swój hełm i pancerz i nędznie się ułożył na zielonej trawie. Postradał prawą rękę, ucięto mu ją gładko; z powodu krwi, którą stracił, omdlewa z lęku. Przy nim żona jego, Bramimonda, płacze i krzyczy, i głośno zawodzi. Z nią więcej niż dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy przeklinają Karola i słodką Francję. Biegną do krypty Apollina, pomstują nań, odkazują się szpetnie: "Ha, zły boże! Czemuś nam uczynił taki wstyd?! Czemuś ścierpiał zgubę naszego króla?! Złą dajesz zapłatę tym, co ci dobrze służą!" Potem odbierają mu berło i koronę, walą go na ziemię do swoich nóg, biją go i kruszą kijami. Potem Terwagantowi wydzierają jego karbunkuł; Mahometa rzucają do rowu, aż świnie i psy gryzą go i depcą.

CLXXXVIII

Marsyl ocknął się z omdlenia. Każe się zanieść do swej komnaty; są tam wymalowane i wyrysowane znaki rozmaitymi kolorami. A królowa Bramimonda płacze nad nim, wydziera sobie włosy: "Ja nędzna! - woła - i potem głośno wykrzykuje: - Ha, Saragosso, jakaś ty zeszpecona, kiedyś stradała miłego króla, który cię miał w swym ręku! Zdrajcę są nasze bogi, że mu chybiły pomocy w dzisiejszej bitwie. Emir będzie tchórzem, jeśli nie przyjdzie zwalczyć tego zuchwałego plemienia, tych junaków tak hardych, że nie dbają o własne życie. Cesarz o siwej brodzie dzielny jest i pełen pychy; jeśli emir wyda mu bitwę, nie ucieknie. Co za rozpacz, że nie ma nikogo, kto by go zabił!"

CLXXXIX

Siedem pełnych lat cesarz został przemocą w Hiszpanii. Zdobywa tam liczne zamki i miasta. Król Marsyl sili mu się oprzeć. Zaraz w pierwszym roku rozesłał swoje gońce; z Babilonu wezwał Baliganta; był to emir, starzec brzemienny laty, który żył dłużej od Wergilego i Homera. Niechaj przybywa do Saragossy na pomoc; jeśli tego nie uczyni, Marsyl zaprze się swoich bogów i wszystkich bożków, których uwielbia; przyjmie wiarę chrześcijańską, będzie szukał pokoju z Karolem Wielkim. Ale emir jest daleko, zapóżnił się wielce. Z czterdziestu królestw zwołuje ludy; każe gotować wielkie statki, okręty i galary, barki i łodzie. Pod Aleksandrią jest wielki port nad morzem; zbiera tam całą swoją flotę. Było to w maju w pierwszy dzień lata: rzuci na morze wszystkie swoje wojska.

CXC

Wielkie jest wojsko tego podłego nasienia. Poganie pędzą wszystkimi żaglami, wiosłują, sterują. Na szczycie masztów i na wysokich dziobach błyszczą karbunkuły i mnogie latarnie; z góry rzucająprzed siebie takąjasność, że w nocy morze jest jeszcze piękniejsze. I kiedy zbliżają się do ziemi hiszpańskiej, brzeg rozświetla się cały i błyszczy. Wieść o tym dochodzi aż do Marsyla.

CXCI

Plemię pogańskie nie myśli o spoczynku. Opuszczają morze, wpływaj ą na słodkie wody. Przebywaj ą Marbryzę, przebywają Marbrozę, płyną w górę Ebru z wszystkimi statkami. Latarnie i karbunkuły błyszczą bez liku i całą noc świecą wielkim światłem. Rankiem przybywają do Saragossy.

CXCII

Dzień jest jasny i słońce błyszczące. Emir wysiadł ze swego statku. Po jego prawicy kroczy Espanelis; siedemnastu królów tworzy jego świtę; potem idą hrabiowie i diuki, których nie znam liczby. Pod laurem, w szczerym polu, rzucają na zieloną trawę dywan z białego jedwabiu: wznosi się tron, cały z kości słoniowej. Tam siedzi poganin Baligant; wszyscy inni stoją przed nim. Ich pan pierwszy przemówił: "Słuchajcie, zacni i dzielni rycerze! Król Karol, cesarz Francuzów, nie ma prawa jeść, o ile ja nie każę. W całej Hiszpanii wydał mi wielką wojnę; wzajem pójdę go szukać w słodkiej Francji. Nie spocznę w życiu, póki go nie ubiję lub póki nie uzna się zwyciężonym!" Jako zakład swoich słów uderza się prawą rękawicą w kolano.

CXCIII

Skoro tak rzekł, zaklina się mocno, że za wszystko złoto, jakie jest na ziemi, nie poniecha wyprawy do Akwizgranu, gdzie Karol odbywa swoje roki. Ludzie jego chwalą mu to, dają mu swoje rady. Wówczas woła dwóch swoich rycerzy: jeden Klaryfan, drugi Klarian. "Jesteście synami króla Maltrajana, który miał obyczaj chętnie nosić poselstwa. Nakazuję wam, abyście poszli do Saragossy. Oznajmcie ode mnie Marsylowi: przyszedłem mu pomagać przeciw Francuzom. Jeśli znajdę sposobność, będzie wielka bitwa. Jako zakład dacie mu tę zwiniętą rękawicę haftowaną złotem i niechaj ją wdzieje na prawą rękę. I zanieście mu tę laskę ze szczerego złota, i niechaj przyjdzie tutaj uznać się mym lennikiem. Pójdę do Francji wojować z Karolem. Jeśli nie będzie błagał zmiłowania, leżąc u moich stóp, i jeśli nie zaprze się wiary chrześcijańskiej, zedrę mu z głowy koronę!" Poganie odpowiadają: "Dobrze rzekłeś, panie!"

CXCIV

Baligant powiada: "Baronowie, na koń! Niech jeden niesie rękawiczkę, drugi laskę". Odpowiadają: "Miły królu, tak uczynimy." Tak długo jadą, aż przybyli do Saragossy. Przebywają dziesięć bram, przebywają cztery mosty, jadą ulicami, gdzie przyglądają się im mieszczanie. Kiedy się zbliżają, słyszą w górze wielki zgiełk, pochodzący z pałacu. Tam zbiera się plemię pogan, którzy płaczą, krzyczą, święcą wielką żałobę - opłakują swoich bogów, Terwaganta i Mahometa, i Apollina, których już nie mają. Powiadają jeden do drugiego: "Nieszczęśliwi! Co się z nami stanie? Spadła na nas wielka klęska - straciliśmy króla Marsyla; wczoraj hrabia Roland uciął mu prawą rękę; i Jurfala płowowłosego też nie mamy. Cała Hiszpania będzie teraz na ich łasce!" Dwaj posłowie zsiadają z koni przed tarasem.

CXCV

Zostawiają konie pod drzewem oliwnym: dwaj Saraceni chwycili je za cugle. I posłowie ujmują się za płaszcze i wstępuj ą na sam szczyt pałacu. Kiedy weszli do wielkiej komnaty, dają z przyjaźni niewczesne powitanie: "Niechaj Mahomet, który ma nas w swojej mocy, i Terwagant, i Apollo, nasz pan, chronią króla i strzegą królowej!" Bramimonda rzecze: "Słyszę oto bardzo szalone słowa! Ci bogowie, których wołacie, ci bogowie chybili nam. W Ronsewal wypłatali nam szpetną sztukę: dali wyciąć naszych rycerzy; pana mego, który oto leży, opuścili w bitwie. Stracił prawą rękę, uciął mu ją Roland, potężny hrabia. Karol zagarnia pod swoją władzę całą Hiszpanię! Co się ze mną stanie, bolesną, nędzną królową? Ha, czyż nikt sienie znajdzie, kto by mnie zabił?"

CXCVI

Klarian powiedział: "Panie, nie gadaj próżno! Jesteśmy posłowie Baliganta poganina. Będzie bronił Marsyla, przyrzeka to; jako zakład posyła mu swoją rękawicę i laskę. Mamy na Ebrze cztery tysiące galarów, okrętów, barek i chybkich łodzi i tyle statków, że nie umiem ich zliczyć. Emir jest silny i potężny; pójdzie do Francji poszukać Karola; czuje w sobie moc, aby go zabić albo zmusić, by błagał o łaskę." Bramimonda rzekła: "Czemuż miałby iść tak daleko? Bliżej snadno znajdziecie Franków. Oto siedem lat, jak cesarz jest w tym kraju; jest śmiały i chrobry; raczej by umarł, niżby uciekł z pola bitwy; tyle on się lęka każdego króla, ile mąż lęka się dziecka. Karol nie boi się nikogo w świecie."

CXCVII

"Przestań! - rzekł król Marsyl; a do posłów: - Panowie, do mnie to trzeba mówić. Widzicie, śmierć mnie przyciska, a nie mam syna ani córki, ani dziedzica. Miałem jednego - ubili mi go wczoraj! Powiedzcie memu panu, aby mnie odwiedził. Emir ma prawa do całej Hiszpanii. Oddaję mu ją ze szczerego serca, jeżeli chce; ale niechaj jej broni przeciw Francuzom! Co do Karola Wielkiego, dam mu dobrą radę; od dziś za miesiąc Baligant będzie go miał jeńcem. Zaniesiecie mu klucze od Saragossy. Potem powiedzcie mu, żeby nie odchodził, jeśli posłucha mej rady." Odpowiedzieli: "Panie, dobrze powiadasz."

CXCVIII

Marsyl powiada: "Cesarz Karol pobił mi ludzi, spustoszył mi ziemie. Miasta moje pogwałcił i zdobył. Tej nocy nocował nad brzegami Ebro; to ledwie siedem mil stąd, policzyłem. Powiedzcie emirowi, aby tam zawiódł całe swoje wojsko. Przekazuję mu to przez was - niechaj tam wyda bitwę!" Oddał im klucze Saragossy. Posłowie kłaniają się obaj; żegnają się, po czym wracają.

CXCIX

Dwaj posłowie wsiedli na koń. Opuszczają spiesznie miasto, pędzą do emira w wielkim popłochu. Wręczają mu klucze Saragossy. Baligant powiada: "Czegoście się dowiedzieli? Gdzie Marsyl, którego wezwałem?" Klanan odpowiada: "Ranny jest śmiertelnie. Cesarz był wczoraj w górach, chciał wracać do słodkiej Francji. Ustanowił tylną straż, bardzo zaszczytną; został w niej hrabia Roland, jego siostrzan, i Oliwier, i wszystkich dwunastu parów, i dwadzieścia tysięcy Francuzów, samych rycerzy. Król Marsyl, dzielny król, wydał im bitwę. Roland i on spotkali się. Roland zadał mu swoim Durendalem taki cios, że odciął mu od ciała prawą pięść. Zabił jego syna najukochańszego i baronów, których miał ze sobą. Marsyl wrócił do domu uciekając; nie mógł strzymać; cesarz ścigał go gwałtownie. Król wzywa cię, abyś go wspomógł; oddaje ci z woli królestwo Hiszpanii". A Baligant zadumał się. Ściska go taki żal, że omal nie szaleje.

CC

"Panie emirze - rzecze Klarian - wczoraj w Ronsewal wydano bitwę. Zabito Rolanda i hrabiego Oliwiera, i dwunastu parów, których Karol tak kochał; Francuzów zabito dwadzieścia tysięcy. Król Marsyl stracił prawą pięść i cesarz ścigał go silnie; nie zostało w tej ziemi ani jednego rycerza, którego by nie zabito albo nie utopiono w Ebrze. Francuzi stój ą obozem nad rzeką; są tak blisko nas w tej okolicy, że jeśli zechcesz, ciężko im będzie wracać". Aż oko Baliganta znowu się staje harde; serce się w nim napełnia radością i zapałem. Prostuje się na swoim tronie i woła: "Baronowie, nie ociągajcie się! Wychodźcie ze statków! Na koń i jedźcie! Jeśli stary Karol Wielki nie ucieknie, król Marsyl będzie wnet pomszczony; za jego stradaną prawą pięść ja mu wydam głowę cesarza".


[ DALEJ >>> część 3 tekstu [akapity CCI-CCXCI] ]


 OPRACOWANIA:
    (polecane przez Warownię.pl oznaczone "###")

   - "Pieśń o Rolandzie" ###
   - "Pieśń o Rolandzie"
   - Cechy wzorowego rycerza średniowiecznego na podstawie fragmentów "Pieśni o Rolandzie"

 Katalog zbiorów Biblioteki 

 Spis tekstów 

 Góra 

 Powrót 

  © Xezaar