«« do wejścia do Biblioteki 
 «« spis tekstów inspirowanych 

 krok wstecz »» 

dla TYCH, którym źle się czyta na czarnym tle »» 

Teksty oryginalne

Paziowie króla Zygmunta 

 autor: 
Antonina Domańska (1853-1917)
 data: 
1910 r.
 nota: 
Powieść dla młodzieży o grupce paziów na dworze króla Zygmunta Starego, ich przygodach i zabawach. Autorka także uchyla nam nieco ciekawostek z codzienności życia dworu Jagiellonów.
W 1989 roku nakręcono serial na podstawie powieści. Reżyserował Grzegorz Warchoł, muzykę napisał Michał Lorenc (!), a ciekawostką wśród obsady (tej młodej) jest debiut Magdaleny Mielcarz (królewna Jadwisia), późniejszej Ligii z "Quo Vadis" Jerzego Kawalerowicza.
 tekst: 
ciąg dalszy już wkrótce!

 

WSTĘP

Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.
   - No a teraz którędy? - spytał paź biegnący przodem, zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarze krzyżowały.
   - Prosto przed się, paniczku - odpowiedział parobek - dopiero na drugim zakręcie obrócimy się na lewo, potem przyjdą trzy schodki na dół, znowój prosto, potem pięć schodków do góry, jeszcze raz na lewo, no i już.
   - Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny może zgubić w labiryncie... - zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.
   - Ino łaska Boża, że smoka nie masz! - dodał krępy, rudawy blondynek rzucając czapką w najbliższego kolegę.
   - Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! - zaśmiał się tamten odrzucając czapkę dalej.
   - Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?
   - Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie, że ściany mają uszy!
   - Ostroróg własnego cienia się boi!
   - Nie boję się niczego! - krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.
   - Przecz więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?
   - Słusznie czyni - zawyrokował najstarszy z paziów siedemnastoletni Paweł Szydłowiecki. - Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po komnatach i donoszą co trza i co nie trza, komu trza i komu nie trza.
   - Bogiem a prawda, dzieją się tu od niejakiego czasu różne cudeńka - rzekł z cicha Jaś Drohojowski oglądając się za siebie.
   - Taj coże znów takiego?
   - Dobranoc ci, Montwiłł, jeszcześ nie dospał, że jak wieloryb na Jonasza paszczękę na mnie rozwierasz?
   - Nu gadaj, jakowe cudeńka?
   - Ano, kichnie kto w swojej izbie, jużci w jedenastej komnacie wiedzą, że ma katar. Zabawi się jeden z drugim przystojnie, przez obrazy boskiej, ino że świeczkę bez noc wypala, oho, już jego miłość pań ochmistrz Strasz skoro świt wpada i łaje. A skąd się mógł dowiedzieć? Okno jego sypialni wychodzi na wirydarz1, a nasze wszystkie na podwórzec. Którędyź uwidział? I tak co dzień coś nowego.
   - Et, głupstwo, taj koniec- rzekł Montwiłł - gorzej, że nas w takie zaświaty przenoszą. Czegoż nie pozostawili nas razem w kupie, cożeśmy to pośledniejszego od innych?
   - Nie narzekaj, nie marudź, bo nie masz o co - tłumaczył Szydłowiecki - jeżeli cały dwór się ścieśnia, jeżeli nawet królewskie osoby niewygody cierpieć muszą, to chyba nam, paziom, milczeć przystoi.
   - Jaże nic nie gadam, a taki mnie żal, że nas rozdzielono od towarzyszy.
   - Stare skrzydła burzą, nowy pałac ozdobny, wedle woli i gustu miłościwej pani, budowniczowie z Włoch sprowadzeni stawiać mają, to i nie dziw, że miejsca zabrakło; a trochę ciasnoty zażyć się godzi, zanim wspaniałe komnaty dla waszych miłościów zostaną wykończone - kłaniając się z przesadną uniżonością Litwinowi, rzekł Jaś Drohojowski. - Rodzic mój powiada, że za jego młodości dwunastu było paziów i usługa wedle króla jegomości szła składno, jak na kółkach.
   - Toć i za pierwszej żony miłościwego pana, nieboszczki królowej Zapolyi, także ponoć nie bvło ich więcej. Dopiero z nową panią nowe nastają czasy: zamek za ciasny, paziów dwustu, a sługa licha; parlare italiano, utrapiare polono, wymyślare androno, nulla niente di buono i tak dalej... Czy prawdę mówię?
   - Madrze i słusznie, Mikołajku!
   - Na miły Bóg... pókiż tymi zaułkami wędrować mamy? - krzyknął zniecierpliwiony Szydłowiecki.
   - Wżdy gadałem waszej wielmożności - odparł pachołek flegmatycznie - że dwa razy na lewo, raz na dół, raz na górę, a my dopiero jedne schodki minęli.
   - Gedroyć!
   - Boner! - krzyknęli ze zdziwieniem chłopcy na widok dwóch paziów biegnących z przeciwnej strony ku nim. - Skądżeście się tu wzięli?
   - Jędruś mi chciał pokazać naszą nową sypialnię - odpowiedział Konstanty Gedroyć - i zanimeście się spakowali, jużeśmy tu przybiegli.
   - Jakżeście trafili?
   - Ja bym miał nie znać grodu, każdego krużganka, każdego zakamarka? - zaperzył się Boner.
   - Co on się tak buci ten krasnomędrek?
   - Nie łajże mu, bo sprawiedliwie gada: toć od małego dziecka kręci się po całym grodzie, po podwórcach, po wirydarzach, lepiej chyba zna one wszystkie zakątki niż sam król jegomość.
   - I nic mu za takowe wścibstwo?
   - Wnuczek pana żupnika i wielkorządcy miasta... ino tyle rzekę. Pokąd był maluśki, to za panem dziadkiem bieżał, a poły się imał; skoro zaś podrósł, wszędy go pełno, a ot, trzeci rok mija, jak paziem ostał.
   - Słuchajże, Jędrek... dobrze nam tam będzie?
   - Niezgorzej, niezgorzej; przestronno, ustronno, stary Strasz trzy razy się zatchnie i trzy razy spocznie, zanim do nas dolezie. W Bogu nadzieja, że nieczęsto nas będzie nawiedzał. Jedno mi nie na rękę...
   - Coże?
   - My na lewo w jednym kącie, a czwarte drzwi na prawo fraucymer.
   - Wiwat!
   - Kamilla!
   - Lauretta!
   - Beatrycze!
   - Hipolita!
   - Geronima!
   - Aha, cieszcie się, błazenkowie! Po pierwsze, takie dorosłe i przerosłe panny ani patrzą na nas, a po drugie, ich pokoje położone są w głebi, od strony zaś naszego korytarza ino komnaty signory Izabeli Papacoda i Mariny Arcamone.
   - Niechże cię nie znam z taką nowiną!
   - Oho, stary Krabatius głowę beze drzwi wyścibia, widno go przeniesiono, jako i nas, na insze mieszkanie.
   - Któż to jest? - spytał Gedroyć, niedawno do Krakowa przybyły.
   - Medyk pana marszałka Kmity.
   - Nie znam go, muszę się mu przypatrzyć.
Chłopcy doszedłszy do drzwi swego nowego mieszkania, pchnęli Kubę z pościelą do izby, a sami nie kwapili się z wchodzeniem, obiecując sobie jakąś śmieszną krotochwilę ze spotkania z magistrem Johannesem Krabatiusem.
Tenże, człek niemłody, w czarnym aksamitnym długawym ubraniu i takiejże płaskiej czapeczce na łysinie, stał we drzwiach swej komnaty i poglądał w korytarz przez szkła osadzone w rogowych widełkach na długim trzonku, które przysuwał prawą ręką do oczu, wyciągając jeszcze naprzód chudą szyję, ruchem właściwym krótkowidzom. Bocianiej cienkości nogi, o dużych płaskich stopach, tkwiły w czarnych pończochach i czarnych safianowych trzewikach, zakończonych według najnowszej mody niepomiernie szeroko.
   - Pan Szydłowski, pan Boner, panowie pazie... dobry wieczór. Co tu oni mają za jaką robotę? - zapytał Niemiec łamaną polszczyzną.
Przez twarz Jasia Drohojowskiego przeleciało drgnienie złowrogie, zwykła zapowiedź mniej lub więcej szalonego figla. Podbiegł z uprzejmą minką do Niemca:
   - Dzień dobry, panie magister, my tu na nową kwaterę, wasza miłość takoż?
   - Moja miłość takoż.
   - Ach, co za szkoda, że sypialnia pana magistra wychodzi na północ... przy waszym niemocnym zdrowiu...
   - Ja nigdy nie wychodzę na północ. Dwadzieścia jedna godzina, to ja już dawno śpię.
   - Słusznie to waszmość czyni, ale co innego chciałem rzec, powiadam, co okna są od północy.
   - Ach tak... to jest bardzo niedobrze... od północ...
   - A zwłaszcza że wasza miłość od kilku dni taki blady, przymizerniał srodze.
Mówiąc to Drohojowski kopnął najbliżej stojącego za sobą kolegę wzywając jego pomocy. Jędruś Boner, jedyny do konceptów, w mgnieniu oka się zorientował i niby półgłosem do siebie, ale tak, że każde słowo wyraźnie było słychać, mruknął:
   - Biedny człowiek... zmienił się nie do poznania.
   - Co on mówi?
   - Nic, nic, niech się wasza miłość ciepło odziewa, o febrę nietrudno.
   - Nie stójcie w tym ponurym, wilgotny korytarzu, dobry panie Krabatius! - jęknął Krystek Czema z rozrzewnieniem w głosie.
   - Kochane chłopcy... poczciwe dzieci... posłucham waszej dobrej rady.
I zaniepokojony medykus cofnął się do swej izby licząc puls, naturalnie ze strachu mocno przyspieszony. Wyjął z kieszeni małe srebrne lusterko, obejrzał język... brzydki, oczy wydały mu się dziwnie zaiskrzone, a białka żółte. Usiadł znękany na ławie i zadumał się gorzko. Chłopcy tym czasem wpadli z krzykiem i śmiechem do swego nowego mieszkania i zaczęli porządkować swe rzeczy zniesione na miejsce przez służbę i porozrzucane bezładnie. Siedem tapczanów z siennikami twardo wysłanymi słomą stało do koła ścian; reszta gratów, co prawda niezbyt misternych i właścicielom jedynie miłych, a niezbędnych, leżała lub stała na podłodze.
Montwiłł najpierw jął przewracać między poduszkami, wyszukał swoją, porwał kilim gruby, wojłokowy, co mu za przykrycie służył, i w mig posłał sobie łóżko. Ostroróg zawiesił róg tatarski i sajdaczek niewielki na haku nad swoim tapczanem; Gedroyć, porwawszy bałabajkę o trzech strunach, puścił się w prysiudy do Drohojowskiego.
Jaśkowi w to graj! Hrymnął podkówkami o podłogę i dalejże kozaka. Czema w niemym uwielbieniu patrzał na nie znany mu, a ze strasznym ogniem wykonywany taniec.
Jeden Pawełek Szydłowiecki, nie dbając na wrzaski do koła siebie, wyjmował z tobołów bieliznę i świąteczne szatki kolegów i jak dobra matka układał je systematycznie porządkiem w drewnianych, jaskrawo pomalowanych skrzynkach, ustawionych przy łóżku każdego chłopca.
Boner, rozpalony widokiem kozaka przez prawdziwych Rusinów tańczonego, porwał mosiężna miednicę i rzemień ze sprzączka od tłumoka i walił w przyśpieszonym tempie, ile sił starczyło...
   - Che orgia! Che demoni! Che bestie infernale! Czicho mi saras! L'orecchie mi crepano! Taki tańcy to piekło balet... powi saras miłościwa krolowa!
Piekielny balet zamarł w jednej sekundzie, miednica i bałabajka wypadły z rąk, oczy wszystkich chłopców skoczyły ku drzwiom otwartym, w których stała przemożna i przegruba, najstarsza dama dworska królowej Bony - Izabela Papacoda.
   - Powi miłościwa pani, che pazie diaboli incarnati... zawoła pan Strasz... - piszczała przeraźliwie czerwona ze złości Włoszka.
Pawełek Szydłowiecki, jedyny, który umiał po włosku, pokłonił się z uszanowaniem i przepraszał za siebie i za towarzyszy, że przez nieuwagę i zapomnienie dopuścili się takiej niegrzeczności.
Donna Izabela przestała sapać, uprzejme słówka, płynnie wypowiedziane, złagodziły jej furię, spojrzała nawet dość mile na przystojnego i układnego pazia i całe zajście byłoby się ku zadowoleniu wszystkich zakończyło, gdyby nie... Kupido! Nie ten malutki bożek skrzydlaty z zawiązanymi oczkami, ach nie!
Był to inny Kupido, czworonożny, z wydłużonym pyszczkiem i cieniuchnymi nóżkami... najukochańszy charcik signory Rapacody. Przez niedomknięte drzwi komnaty wybiegł za swoja panią, a usłyszawszy wrzaski wpadł, szczekając zajadle, między paziów, rzucił się na oślep z wściekłością i ostrymi ząbkami rozdarł jedwabna nogawicę małego Czemy, kalecząc go przy tym w nogę.
Wtedy Krystek, acz cichy i ślamazarny, nie pozbawiony jednak ludzkich uczuć, kopnął psa z całej siły tak, aż na łokieć w górę wyleciał i skomląc żałośnie, skrył się w gęstych fałdach sukni donny Izabeli.
Włoszka syknęła przez zęby jakaś specjalna klątwę, chwyciła pieska na ręce i trzasnąwszy drzwiami, aż szyby zadzwoniły, pobiegła do siebie.
   - Nu, ależ baba wąsata! Chciałby ja za rok mieć pół takie wąsy! - dziwował się Montwiłł.
   - Wąsy, nie wąsy... - westchnął Szydłowiecki - będzie jutro bigos.
   - Komu? Chyba nie nam, ino tej starej włoszczyźnie - zapiszczał Krystek oglądając swą zadraśnięte łydkę. - Wżdy ludzie ważniejsi od psów!
   - Ale pies panny Papacody to coś wcale przedniejszego niż jakiś tam durny paź - drwił Ostroróg.
   - Patrzcie, patrzcie, jak się Czema zaindyczył...
   - Kto by się spodział, takie to zawżdy potulne...
   - Jam go miał za ciepłe piwo... - podjudzali malca koledzy.
   - Durny paź? Ja wam pokażę durnego pazia! Jeszcze mnie dotąd nie znali!
   - Krzysztofie Czemo, zaklinam cię, wyznaj, co zamyślasz uczynić? - z udanym patosem zawołał Drohojowski.
   - Wspomnieciemoje słowo, zapłacę ja onemu Kupidynkowi z nadsypką, rodzic by się mnie wyparł, gdybym się nie pomścił.
   - Na psie? cha, cha, cha!...
   - Jemu doczynię a jego pani zapłacze.
   - Akto on zacza ten malec? - spytał z cicha Gedroyć Drohojowskiego.
   - Syn kasztelana gdańskiego, ród możny i wielce szanowny w województwie pomorskim.
   - Ojoj, chłopcy... Odmiwąs idzie! - krzyknął Montwiłł wskazując na przypiecek.
   - Cóż znowu? Co ci się uwidziało?
   - A prawda, chrząka na umor, ażę grzmi w całym korytarzu.
   - Chrząka? To zły znak.
   - Jużmu ta stara jędza nabajała co wlazło.
   - O rety!... Szydłowiecki... Stań na wierzchu, on cię lubi, mmniej będzie łajał.
   - Bóg ci zapłać, wolę nie.
Hhhrrrum... zahuczało donośnie i jegomość pan Stanisław Odrowąż Strasz wszedł majestatycznie z groźną miną do izby.
   - Matko najśliczniejsza... wie wszystko... - szepnął Czema na ucho Ostrorogowi.
   - Cóż, chłopcy, roztasowaliście się. W skrzynkach groch z kapustą? Hhhrum.
   - Już poskładane podług rozkazów waszej miłości, może raczycie zajrzeć do skrzynek, jak porządnie wszystko leży: bielizna po jednej stronie, a...
   - Dobrze, dobrze; nie zapraszałbyś tak skwapliwie, gdyby co szwankowało.
   - Nie wie o niczym - mruknął Drohojowski.
   - A gdzież to Montwiłł? Raz na zawsze przykazowałem, po zachodzie słońca wychodzić nie wolno i basta.
   - Oooch... - dało się słyszeć stękanie za kapą komina - głowa mię tak strasznie rozbolała, więc ległem co nie bądź zdrzemnać sie, za pozwoleniem waszej miłości.
   - Za moim? Kiedyżeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema, co się tak wciskasz za Mikołkę?
   - Nogawicęm rozdarł, proszę waszej miłości.
   - Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum.
   - Nie, widział się z Papacodą... - zaszemrało w stronie Bonera.
   - Na gwoździu zaczepiłem.
   - Oddaj w czas rano do szatni, to ci Salomeja albo Grzybowska naprawi. A przykażcie Kubie, co by was skoro świt pobudził, Szydłowiecki i Gedoryć jutro na służbie przy osobie miłościwej pani.
   - Za łaską pana ochmistrza, mógłbym się zapytać, ktorzy wraz z nami na pokoje iść mają?
   - Zbędna ciekawość; dowiesz się jutro. Zresztą drobnostka to, nie tajemnica. Herbut, Zbylitowski, Pieniążek, Stadnicki, Tarnowski, Zborowski, Korybut, Kazanowski, Bielski i Czarnkowski.
   - Dziękuje waszej miłości.
   - Barwa odświętna, ciżmy nowe, zachowanie jak najprzystojniejsze, bym się was nie powstydził!
   - Panie ochmisrzzu, toć...
   - Milczeć! Wiem co mówię. Niejednokrotnie już dochodzą mnie słuchy o nieokiełznanych swawolach waszych, nie próbujcie mej cierpliwości, bowiem wątła jest i łacno się zrywa. Jak wam to zresztą z dawna wiadome.
   - Wasza miłość nam przygania, zawżdy ino nam... wszak paziów jest dwustu!
   - Tamci stu dziewięćdziesięciu trzej to baranki bieluchne naprzeciw was; Boner jeden obstoi za czterdziestu.
   - Żebym ino złapał tego, co o mnie takowe oszczerstwa sieje!
   - Milczeć! Już ja was znam jak złe szelągi, niecnoty jedne! Gedroycia mniej, bo za krótki czas; że się ano was czepił od pierwszego wejrzenia, to mi starczy, poznał swój swego! Co się zasię tyczy nowego mieszkania, ostro przykazuje sprawiać się skromnie, przez hałasów, przez krzyków; w pobliskości są sypialnie panów medyków, komnaty panów medyków, komnaty panien dworskich.
   - Bóg łaskaw na sługi swoje... nie widział się z tą czarownicą.
   - Ale, nie, Krystek... chodż ino bliżej - rzekł pan ochmistrz i pokręcił za ucho nieszczęsnego Czemę - jakże pieskowi signory Papacody? Amor... Kupido... nie pomnę.
   - Bo on mnie ugryzł do krwi! Niech wasza miłość pojrzy...
   - Ugryzł cię? A... to co inszego; ale po cóż kłamałeś, żeś rozdarł na gwoździu? Dzwonią na wieczerze, marsz!
I ruszył przodem, a chłopcy w podskokach za nim. Nie wszystkim jednak tak pilno było: Jędruś Boner i Krystek Czema wlekli się na ostatku, zawzięcie o czymś rozprawiając.
   - Jędrek... mojeś ty, pójdziesz ze mną jutro rano? Tyś mądry i sprawny do wszystkiego, a ja bym sobie nie dał rady.
   - Ehe, a Odmiwąs co na to?
   - Wżdy nie łazi za mną jak niańka; służby jutro nie mam, skoczymy do miasta jak po ogień i w te pędy z powrotem.
   - Ino, jak... tego... to drzwi zasuń dobrze, coby cię kto nie spłoszył.
   - To się wie; Szydłowiecki i Gedroyć na pokojach królowej, Montwiłł nikomu nie wadzi, ino mu spanie w głowie, Jasiek z Mikołką mają iść na palcaty do tamtych, a my dwaj... no bo mi pomożesz i przy robocie, prawda?
   - A jakże; nie pomógłbym? Naczynie jakie dobre masz?
   - Jak będziemy wracali z miasta, można będzie kupić garnek po drodze.
   - U Kasprowej?
   - Lepiej u Maguliny, co pod Długoszowym domem z garnkami siedzi, prosto od niej skoczymy na górę i jużeśmy w domu.
   - Słuchaj no, o kiełbasie nie zabacz.
   - Ho, ho, kupię choć z pół łokcia.
   - Czy się ino da zwabić?
   - Ij... kiełbasa wszystko sprawi, zobaczysz, jak mnie umiłuje, ino gwizdnę, przyleci, a potem... chi, chi, chi... żeby się tylko udało!
   - Co się nic ma udać? Dołoży się wszelkiego starania, no już moja głowa w tym, że go i rodzona matka nie pozna.


 Katalog zbiorów Biblioteki 

 Spis tekstów 

 Góra 

 Powrót 

  © Xezaar