«« do wejścia do Biblioteki 
 «« spis tekstów inspirowanych 

 krok wstecz »» 

 dla TYCH co wolą wszystko w czerni »» 

Teksty oryginalne

Cyd albo Roderyk 

Le Cid

 autor: 
Pierre Corneille (1606-1684)
 data: 
1637 r.
 nota: 
Dramat "Cyd albo Roderyk" Pierre Corneille oparł na dziełach Guillena de Castro "Las Macedades del Cid", które opiewały dzieje hiszpańskiego bohatera narodowego z XI wieku, Rodrigo Ruy Diaz de Bivara zwanego przez Maurów Cydem. Po raz pierwszy wystawiono go w Paryżu w styczniu 1637 roku, a w Polsce miał premierę w 1660 roku w Zamościu i w 1662 roku w Warszawie.
Tłumaczenie Jana Andrzeja Morsztyna jest do dziś uważane za jedno z największych polskich osiągnięć translatorskich.
 linki: 
"Cyd" (Le Cid) - w języku francuskim
 tekst: 
CZĘŚĆ 2 [ akt trzeci i czwarty ] >>  ...  CZĘŚĆ 3 [ akt piąty ostatni ] >>

 


PROLOG
(prologu nie ma w oryginalnym tekście, a jest dedykacją tłumacza tekstu, Jana Andrzeja Morsztyna, dla króla Jana Kazimierza i jego żony królowej Marii Ludwiki).

Wisła
wchodzi śpiewająca,
(na ten czas przez całą zimę była niezamarzła)


Ja, co blisko równinę
Nurtem biegu rączego
Przedzieram i co płynę
Pod tego królewskiego
Pałacu świetne mury,
I co towary z góry
Prowadzę wasze aż do Ujścia w Morze:
Tum do Was przyszła.

Chciały mię były mrozy
Powiązać w swe powrozy
I przeszkodzić mi drogę,
W której ucieszyć starość moję mogę,
Ale łaskawe oczy
Państwa tu przytomnego,
Przez wesołe spojrzenie
Jak słoneczne promienie,
Spędziły wszystkie lody
I przez me brody
Wolne ku sobie sprawiły mi chody. >BR?
Jam też pilno spieszyła,
Żebym tu na czas była
Upaść do nóg z swą danią
Przed mym Panem i Panią
I powiedzieć im śmiele,
Że być u nich w poddaństwie
Najwyższe me wesele,
I żem z tego pyszniejsza,
Że nurt mój bystry pod ich rządem bieży,
Niż że w łożu mym dawna Wanda leży.

Oddaję me pokłony
Za bieg oswobodzony
I za zdjęte okowy
U Torunia, Grudziądza, Malborka i Głowy.
Życzę, aby ich sprawy
Poszczęścił Bóg łaskawy
I dał im w długim wieku
Takim pokojem rządzić tę krainę,
Jak ja spokojnie na Leniwce płynę.
Widziałam się niedawno,
Tam kędy w pruskie i inflanckie brzegi
Wlewają swoje biegi,
Z Siestrzyczkami moimi,
Dźwiną, Niemnem, Wiliją,
Któreć, o Królu, przez mię czołem biją.

Widziałam, jako Dźwina
Na swym odzieniu modrym
Niosła z krwie Moskwicina
Szatę szkarłatem napojoną szczodrym.
Wilija zaś i z Niemnem,
Krzycząc głosem przyjemnem,
Niosły pęta już zdjęte
Prosto ku Neptunowi,
Aby temu K r ó l o w i
Poddał się i prędko, który wziął tak pilno
K o w n o i W i l n o.

Widziałam i Sekwanę
Skarżącą się na ranę,
Którą jam jej zadała
Wziąwszy jej to, co najmilszego miała,
Skąd jej aż dotąd z nieznośnej tęsknice
Płyną źrenice.
Przykazywała mi z prośbą
Chować to w pilnej straży,
Co świat z godnością swą wszytek przeważy.
Przydała i to z groźbą,
Że póty tylko szczęcie moim brzegom służy,
Póki Wam (Państwo) Bóg wieku przedłuży.

Żyjcież tedy wiek długi!
Niech za wasze zasługi
Niebo i polskie strony
Oddają Wam Korony!
Niechaj fortuna płocha
Z statkiem się w Was rozkocha
I niech nieprzyjaciele
Pod nogi Wasze ściele!
Dzierżcie jednych w przymierzu,
Bierzcie zaś drugich w łyka!
Żyj, K a z i m i e r z u!
Żyj, L u d o w i k a!



OSOBY
D i e g o – ojciec R o d r y k ó w
R o d e r y k – kochający C h i m e n ę
G o m e s – ojciec C h i m e n y
C h i m e n a– kochanka R o d r y k o w a
S a n k t y – kochający także C h i m e n ę
E l w i r a – sługa i konfidentka C h i m e n y
K r ó l kastylijski
K r ó l e w n a – córka jego
L e o n o r a – ochmistrzyni Królewny
P a c h o l ę K r ó l e w n y
A l f o n s, A r i a s – dworzanie K r ó l e w n y

Scena w Sewiliej, mieście stołecznym Kastyliej, się odprawuje.


AKT PIERWSZY


SCENA PIERWSZA
Elwira, Gomes

E l w i r a
Między tymi, którzy się kłaniają Chimenie
I u mnie się o dobre starają wspomnienie,
Najznaczniej się odkryli i sporym wyścigiem
W tył inszych zostawili don Sankty z Rodrygiem,
Lubo to córka twoja, na ich prośby głucha,
Okiem im nie pobłaży ni lamentów słucha
I w równej między nimi trzymając się mierze
Żadnemu z nich nadzieje nie daje, nie bierze,
I nie będąc nikomu gniewna ni życzliwa
Z ojcowskiej ręki cale męża oczekiwa.

G o m e s
Tak też powinna czynić; oba są jej godni,
Oba z zacnej krwie, dziadów swoich niewyrodni.
Młodzi-ć wprawdzie, lecz i w tym wieku każdy śmiele
Dzielność przodków ich może czytać im na czele;
Osobliwie w Rodryku skład, twarz i pojrzenie
Pewne wielkiego serca jest wyobrażenie.
A też jego dom w sławne tak jest płodny męstwa.
Że się tam dzieci rodzą wśród wieńców zwycięstwa.
Odwagi ojca jego, niźli mu wiek siwy
Dokuczył, za niezwykłe uchodziły dziwy:
Te zmarszczki od żelaza i poczciwe blizny
Świadczą, co on przed laty czynił dla ojczyzny.
Com w ojcu widział, tegoż spodziewam się w synie
I córka moja za to nie zostanie w winie,
Że się w nim kochać będzie. Lecz ty moje zdanie
Tając, wyrozumiej z niej, co też rzecze na nie.
Potem mi jej zamysły powiesz bez przesady.
Teraz się do tajemnej muszę spieszyć rady,
Gdzie obiera synowi król starszego sługę,
A bez chyby ten urząd da mnie za wysługę.
To, co dla niego co dzień ręka mężna robi,
Każe mi ufać, że mię pan mój tym ozdobi.



SCENA WTÓRA
Elwira, Chimena

E l w i r a
O, jak smaczna nowina tej szczęśliwej parze,
Którą nad zwyczaj miłość głaszcze, a nie karze.

C h i m e n a
Cóż tam słychać, Elwiro? Jak nam rzeczy płyną?
Co-ć rzekł ociec? I z jaką powracasz nowiną?

E l w i r a
Nie bawiąc: tak wiele ma Rodryk w tej potrzebie
Przychylności u ojca, jak łaski u ciebie!

C h i m e n a
Siłaś to zaceniła; serce me, co mierzy
Szczęście swe krótką piędzią, ledwie-ć tyle wierzy.

E l w i r a
Powiem więcej: utwierdza i jego zaloty,
I chce, aby doznawał po tobie ochoty.
Cóż mniemasz? Kiedy ociec jego w dziewosłęby
Dziś się też wyprawuje, jeśli próżne z gęby
Puści słowo i jeśli mógł w lepszą godzinę
Prosić o cię i wnosić za synem przyczynę!

C h i m e n a
Chociaż twoja życzliwość te smaki rozszerza,
Przecię im, nie wiem czemu, serce nie dowierza.
Wielkie szczęście wielkie też ma w sobie odmiany,
A kęs i z gęby zginie, gdy nie obiecany.

E l w i r a
Obaczysz, że się suszysz bojaźnią daremną.

C h i m e n a
Więc czekajmy cierpliwie, co czas da. Pójdź ze mną.



SCENA TRZECIA
Królewna, Leonora, Pacholę

K r ó l e w n a
do Pacholęcia
Pójdź i powiedz Chimenie, że mię to obchodzi,
Że dziś później jest u mnie, niżeli się godzi,
I że się z jej lenistwem przyjaźń moja swarzy!
Pacholę wychodzi

L e o n o r a
Co dzień widzę, królewno, ta cię żądza parzy
I co dzień pilnie pytasz, a jakoby z smutkiem:
Jakim się jej zaloty zawierszają skutkiem?

K r ó l e w n a
I słusznie też to czynię: ona jak przez dzięki
Odebrała Rodryga za sługę z mej ręki;
I że kocha w Rodryku, jam ich to złączyła,
Jam jej dzikość na stronę jego zwyciężyła;
Słusznie tedy, kiedym ich dała w te okowy,
Chcę wiedzieć, jeśli mojej rady skutek zdrowy.

L e o n o r a
Przecię, królewno, chociaż się im dobrze dzieje,
Tobie dobra myśl ginie i serce truchleje.
Cóż jest? Czy miłość, która między nimi zgodę
Czyni, tym samym wzbudza-ć w sercu niepogodę?
I to zbytnie staranie czyli stąd pochodzi,
Że-ć się, kiedy im będzie dobrze, nie wygodzi?
Ale-ć moja ciekawość nazbyt w twoich gmerze
Myślach i na twój sekret naciera zbyt szczerze.

K r ó l e w n a
Już to próżno: Mój się żal w swym sekrecie szerzy
I tobie go wynurzę, im później, tym szczerzéj.
Słuchaj, słuchaj, jak trudną zaczęłam robotę,
I żałując mej troski, pochwal moją cnotę!
Wierz mi, żem długo z mocną siłą się biedziła,
Lecz mię miłość, co wszystkich wiąże, zwyciężyła.
Ten kawaler, ten młodzian, com go drugiej dała,
Związał mię!

L e o n o r a
Cóż? Kochasz w nim, czym się osłyszała?

K r ó l e w n a
Ach, połóż na mym sercu utrapionym rękę,
A z jego drżenia uznasz, jaką cierpię mękę!
Widzisz, jak zna zwycięzcę swojego, jak rzewno
Na imię jego wzdycha!
Leonora
Odpuść mi, królewno,
Że dla sławy, na której sprawy twe zawisły,
Porwę się ganić twoje tak niskie zamysły.
Tak-że by-ć to odjęła rozsądek Wenera,
Żebyś. prostego miała obrać kawalera?
Cóż rzecze Kastylija? I z jaką to sporką
Przyjmie ociec? Czy nie wiesz, czyjąć ty to corką?

K r ó l e w n a
Wiem, wiem dobrze i pierwej wszystkę krew wytoczę,
Niż przeciw stanu mego godności wykroczę.
Gdybym-ci chciała zasiąc od miłości rady,
Wywieść bym ci to mogła przez sławne przykłady,
Że w tych związkach na cnoty patrzą, nie na ludzi,
Że nie korona, ale godność miłość budzi.
Lecz nie słucham miłości, gdzie idzie o sławę!
Miła mi miłość, ale dbam wraz na osławę,
I przez chwalebną pychę wiem to, że nie może –
Tylko król moje sobie obiecować łoże.
Inszy nie jest mnie godziem i kiedym postrzegła,
Że mię miłość na stronę Rodrykową zbiegła,
Dusiłam w sobie ogień, choć z niesmakiem, nowy
I dałam w cudze, czegom nie chciała, okowy.
Zapaliłam ich ognie, żebym nie pałała,
Dałam to, czegom sama wziąć sobie nie śmiała.
Nie dziwujże się tedy, że myśl utrapiona,
Póki się nie pożenią, prawie we mnie kona.
Ich wesele przywróci myślom mym wesele;
Ich łożnica miłości mej pokój uściele.
Jeśli miłość za stratą nadzieje umiera,
Jeśli gaśnie, gdy jej kto te drewka odbiera –
Jak prędko Roderyk da rękę Chimenie,
Tak wraz nastąpi serca mego uzdrowienie!
Ale aż po ten termin jam jest bliska zguby
I kocham w nim aż po te nieodmienne śluby.
Stąd mię tak smętną widzisz, stąd twarz łzami kąpię:
Chcę go darować i zaś darować go skąpię.
Czując cudownie w sobie rozdwojoną duszę,
Raz nim gardzę, drugi raz wzdychać za nim muszę.
Miłość mi w sercu gada, w rozumie – korona
I różnie się przeważa ta i tamta strona;
A choć ich związek pewnie skończy biedę moję,
Przecię miasto radości z żalem się go boję.
Snadź miłość z sławą w swojej nie ustanie zrzędzie,
Chociaż co z tego będzie i chociaż nie będzie.

L e o n o r a
Kiedyś mi myśli swoje tak szczerze odkryła,
Żałuję cię, co przedtem cichom cię ganiła;
Ale kiedy przeciwko tak smacznej chorobie
Cnotę ze sławą przybrałaś za lekarstwo sobie,
Choć cię miłość na słodkie swe ponęty łowi,
Ta cię para z pomocą rozumu uzdrowi.
Czekaj od niej ratunku, czekaj go i z nieba,
Które cnót nie próbuje, tylko póki trzeba.

K r ó l e w n a
Stracić cale nadzieję jest skończyć kochanie.


P a c h o l ę
Już tu przyszła Chimena na twe rozkazanie.

K r ó l e w n a
Zabaw ją, Leonoro, trochę przed pokojem!

L e o n o r a
To znać myślisz frasunkiem zabawić się swojem.

K r ó l e w n a
Nie; ale lepiej, że się trochę uspokoją
Wściekłe myśli i otrę oczy, co się znoją.
– O miłosierne niebo, skąd czekam ratunku,
Ulituj się w tak ciężkim będącej frasunku!
Skończ mój ból i ratuj mię, choć przez cudze szczęście:
Albo mi serce odmień, albo to zamęście
Chimeny pośpiesz; trzema nam na tym należy,
A gdy dojdzie, jam wyszła i z oków, i z więzy.
Ich związek – moja wolnosć, ten utnie me treny.
Ale się bawię długo, pójdźmy do Chimeny.



SCENA CZWARTA
Gomes, Diego

G o m e s
Przewiodłeś! I królowi tak się podobało
Dać ci to, co samemu mnie przynależało!
A to już cię mianował za marszałka w radzie.

D i e g o
Ten urząd, który dzisiaj pan nasz na mię kładzie
Mając wzgląd na zasługi i na lata zeszłe,
Świadczy, że sprawiedliwie płaci służby przeszłe.

G o m e s
I królowie, choć wielcy, przecież to są ludzie,
Mogą się jak my mylić i potknąć na grudzie;
I z oddania tej łaski postrzeże się drugi,
Że tu niedobrze płacą, choć świeże zasługi.

D i e g o
Szkoda się tą rozmową, bo-ć niemiła, bawić;
Mnie ten urząd tak mogła łaska pańska sprawić,
Jako moja wysługa. Podobno w tym braku
Tyś był godniejszy, ale jam przypadł do smaku.
To szczęście domu mego pomnóż z swojej strony
I życz synowi memu z domu twego żony.
Roderyk się w Chimenie kocha i jam chciwy
Złączyć się z domem twoim przez związek życzliwy.
Proszę, nie gardź tą prośbą i przyjm go za zięcia.

G o m e s
Kiedyś ty już marszałkiem został u księcia,
Roderyk może patrzeć wyżej i urzędy
Ojcowskie otworzą mu chętnie wrota wszędy.
Ty tymczasem nauczaj pilno królewica,
Co na wielkich państw wiedzieć należy dziedzica:
Jako królestwem władnąć, jak trzymać poddanych,
Jako cnotliwych głaskać, karać wyuzdanych.
Przyłącz i te, co służą do wojny, nauki:
Jako się w trudy wkładać, nie wzdrygać na huki,
Robić bronią odważnie i z konia nie zsiadać,
Iść do szturmu, a zbroje i w nocy nie składać;
Jako szykować, żeby po wygranym boju
Zwycięstwo miał za dzieło swej prace i znoju!
Bądź mu i sam przykładem, i niechaj to widzi,
Że w tym, czego nauczasz, nikt cię nie uprzedzi.

D i e g o
Co o przykłady, na co warczy zazdrość skryta,
Niech tylko dzieje moje i żywot mój czyta!
Tam obaczy w tym, co ma ręka dowodziła,
Postępki kawalerskie i odważne dziéła:
Jako pomykać granic Pospolitej Rzeczy,
Miast dobywać, szyk stawiać, prowadzić odsieczy,
Jako wygrawać zawsze, nie cofać się krokiem
I sławę swą rozpuszczać po świecie szerokiem.

G o m e s
Martwe to są przykłady, nie mają potęgi
I żadne się pan wojny nie nauczy z księgi.
Ale cóżeś też zrobił aż w ten wiek zgrzybiały,
Z czym by me jednego dnia prace nie zrównały?
Jeżeliś ty był kiedyś, jam jest teraz mężny,
Jam podpora królestwa, jam jest mur potężny.
Aragon drży z Granadą, gdy ta szpada błyśnie;
Pod moją się obronę Kastylija ciśnie;
Beze mnie dawno byście już byli u bóla,
I gdyby mnie nie było, nie byłoby króla!
W każdy dzień Wiktoryja latając nad głową
Świeży wieniec mi kładzie i koronę nową!
Przy mnie-ć by to królewic, będąc frycem w wojnie,
Napatrzył się dzieł wielkich i krwie ludzkiej hojnie;
I patrząc uczyłby się, jako wygrać pole,
Lepiej niż z zmarżłych bajek i w spleśniałej szkole.

D i e g o
Próżno mię bawisz mową na poły daremną,
Bom ja cię widział służąc i rządząc pode mną.
Gdy mnie lata dojęły, co nas wszystkich depcą,
Tyś na mym miejscu został – i godnym nsssssssssssssastępcą.
Twój miecz, kiedy mój stępiał, w posiłku przybywał;
Krótko: tyś teraz tym jest, com ja przedtem bywał.
Przecię widzisz, że przy tym o urząd staraniu
Nierówne oba miejsce mamy w pańskim zdaniu.

G o m e s
Com ja zasłużył, tyś wziął wydarszy mi prawie!

D i e g o
Znać, że lepiej zasłużył, kto cię przemógł w sprawie.

G o m e s
Ten, co go umie zażyć, godniejszy urzędu.

D i e g o
Gdy go komu odmówią, znak to jest w nim błędu.

G o m e s
Przez figleś to otrzymał jak dworzanin biegły.

D i e g o
Cnota z męstwem, te same w posiłku mi zbiegły.

G o m e s
Albo raczej król chciał twe uszanować lata.

D i e g o
Król w tym uważał serce i sławę u świata.

G o m e s
Jeśli serce, tom ja sam na ten urząd zgodny!

D i e g o
Kto go nie mógł otrzymać, znak, że go niegodny.

G o m e s
Że go niegodny ja?

D i e g o
Ty!

G o m e s
Ha, starcze, ta mowa
Godna tego, żeby-ć wbić w gębę płoche słowa!
(Daje mu pogębek)

D i e g o
Dobij mię po tej wzgardzie, która w moim domu
Dotychczas nie usiadła na czele nikomu!
(Dobywając broni)

G o m e s
Na cóż się masz do broni, gdy-ć nie służą siły?

D i e g o
Ach, teraz mię tak bitne ręce omyliły!

G o m e s
Odjąłem ci broń, ale pyszniłbyś się z tego,
Gdyby została w ręku męża walecznego!
Weź ją sobie. Niech teraz, chociaż zazdrość zgrzyta,
Królewic życia twego historyją czyta,
Do której to słów lekkich słuszne pokaranie
Za przydumek i obraz osobliwy stanie.

D i e g o
Ach, raczej mię już dokończ!

G o m e s
Stało mi za dosyć;
I na łacną wygraną nie chcę ręki wznosić.

D i e g o
Weź mi żywot!

G o m e s
Ze trzy dni wytrwaj, stary grzybie,
A sama cię śmierć bez mej pomocy przydybie.



SCENA PIĄTA

D i e g o
sam
O smutku! O rozpaczy! O mój wieku zgniły!
Na to żem tak długo żył! Na toż mię szczęściły
Nieba! Na tom osiwiał na wojnie z odwagą,
Żeby oraz me laury zwiędły tą zniewagą!
Ta ręka, która wszytkiej Hiszpaniji broni;
Ta ręka, co wyrwała Ojczyznę z złej toni;
Za którą pan zażywał śmiele odpoczynku,
Nie chce nic robić dla mnie, zdradza w pojedynku!
Ach, mojej przeszłej sławy okrutna pamięci!
Roboto tak wielu lat, jeden cię dzień skręci?
Ach, świeży, szczęściu memu przeciwny urzędzie,
Z twego stołka kark łamać niepoczciwie będzie!
Ma-ż hrabia tryumfować po swojej robocie,
A ja umrzeć bez pomsty albo żyć w sromocie?
Hrabio, już ustępuję-ć i bądź ty marszałkiem!
Człowieka tu potrzeba, co ma honor całkiem.
Ja się urzędu za tym kontemptem dowodnym,
Chociaż mię król był obrał, już nie czuję godnym.
A ty, naczynie kiedyś mej sławy, o broni,
A teraz niepotrzebny ciężarze mdłej dłoni,
Mieczu straszny – lecz kiedyś, co dziś opuszczony,
Świadczysz, żem cię dla kształtu nosił, nie obrony,
Idź precz od mego boku, wzgardź siły dziecięce
I na pomstę mą uzbrój potężniejsze ręce!
Jeśli mi Roderyk synem, niech prace nie skąpi!
Niech miłość pomście, przyjaźń gniewowi ustąpi!
Mój honor jest i jego, i taż nieszczęśliwa
Zniewaga płaszczem wstydu i jego nakrywa.


SCENA SZÓSTA
Diego, Roderyk

D i e g o
Rodryku, czy mąż-eś ty?

R o d e r y k
Gdyby pytał o to
Nie ociec, doświadczyłby!
D i e go
O wdzięczna ochoto!
O godny gniewie, w którym żale me spokoję!
Z tej chwalebnej kolery poznawam krew moję
I młodość mi się wraca z tej rześkiej ochoty.
Pójdź, mój synu, moja krwi, wywiedź mię z sromoty!
Pójdź, zemścij się!

R o d e r y k
A czego?

D i e g o
Ostatniej zniewagi,
Która śmiertelne dała sławie naszej plagi,
Pogębku mnie danego; dał ci by był garło,
Gdyby chęć moję słabe ramię było wsparło!
Tę broń, której dotrzymać nie mogłem i razem
Oddaję-ć w lepsze ręce pomstę swą z żelazem.
Idź i nie daj po świecie krzywdzie mojej chodzić!
Tylko krwią ten się może raz zmyć i nagrodzić.
Umrzyj albo go zabij! A tego-ć nie taję,
Że-ć męża walecznego do rozprawy daję.
Widziałem, gdy sam a sam gnał przed sobą kupy
I w bitwach jako wałem otaczał się trupy.

R o d e r y k
Nie baw, ojcze, a imię powiedz mi co pręcej!

D i e g o
Powiem, ale to imię przestraszy cię więcej,
Większej będąc niż rycerz, niż kawaler ceny,
Bo to...

R o d e r y k
Ej, dokończ proszę...

D i e g o
Ociec to Chimeny

R o d e r y k
Ociec?

D i e g o
Stój, tak! Wiadome są mnie twe zapały,
Ale niegodzien i żyć, kto w sławie niedbały!
Im milczy, kto uraził, tym cięższa uraza.
Krótko: wiesz kontempt, wiesz kto i masz dwie żelaza.
Więcej ci nic nie mówię. Mścij się, a tym czynem
Pokaż się godnym ojca takiego być synem.
Ja ten przypadek będę łzami aż do grobu
Płukał, a ty idź, bież, leć i mścij się nas obu!



SCENA SIÓDMA

R o d e r y k
sam
Do gruntu serca przybity
Niespodziewanym nigdy a śmiertelnym sztychem
Stradny zemściciel krzywdy, która głosem cichem
Woła pomsty, mizernie nieszczęściem nakryty,
Stawam jak wryty – i duch mój, wzięty na noże,
Odporu dać nie może.
Jużem bliski był miłości korony –
Ach, serce, uderz w treny! –
A teraz ociec mój jest znieważony,
A co znieważył, ociec jest Chimeny!
Niesłychaną cierpię mękę!
Równo miłość i honor każą sobie płacić:
Ten – mścić ojca, a tamta – kochanki nie tracić;
Ten mi rozżarza serce, tamta trzyma rękę.
Muszę albo miłości wiernej chybić toru,
Albo żyć bez honoru.
A obydwu stron ból znoszę niepojęty, -
Ach, serce, uderz w treny!
Ma-ż to mój ojciec połknąć kontempt wzięty?
Mamże ja karać zań ojca Chimeny?
Honor! Miłość! Ojcze! Panno!
Niemiłosierne prawo, gwałcie niejednaki,
Albo mi sławę bierzesz, albo wszystkie smaki:
Takem niegodzien i żyć, a tak serce ranno.
Smaczne a wraz okrutne respekty, które mi
Afektami różnemi
Myśl rozdzieracie mężną i miłosną,
Takąż to macie cenę,
Że z was i siły słuszne pomście rosną.
I z waszej zrzędy mam tracić Chimenę?
Ach, lepiej umrzeć sto razy!
Tylem ja mojej pannie jak ojcu powinien.
Kto się mścić chce, ten będzie niełaski jej winien,
A ja się śmierci boję mniej niż jej urazy.
Więc tę śmierć, którą gdyby niełaska sprawiła,
Nieznośniejsza by była,
Poprzedźmy chętnie, a kiedy tak nieba
I niechętne przejrzenie
Każą, umrzyjmy, kiedy umrzeć trzeba,
Ale nie dajmy przyczyny Chimenie.
Umrzeć, a nie zniozszy sromu
Szukać śmierci: Skryć się w grób sławie mej śmiertelny!
Wytrwać, że Hiszpanija za dowód rzetelny
Będzie miała, żem nie mógł szczycić swego domu?
Zasłaniać się miłością, która dokończona
Śmiercią moją wraz skona?
Ach, nie słuchajmy więcej zdradnych myśli,
Które nas na hak żeną!
To rzecz, żebyśmy z honorem stąd wyszli.
Gdy po staremu rozstać się z Chimeną,
To jest rzecz oczywistą,
Żem dawniej jest pod okiem ojca niźli panny;
Mszcząc się ojca, choć umrę z bólu albo ranny,
Oddam ojcu, jakom wziął, krew bez zmazy czystą.
Grzech to, żem się rozmyślał i gniewał niedbale!
Bieżmy do pomsty cale
I za czas marnie wstydząc się zgubiony,
Nie miejmy tego w cenie,
Kiedy ociec mój zostaje zelżony,
Że kto go zelżył, ojcem jest Chimenie.


AKT WTÓRY


SCENA PIERWSZA
Gomes, Arias

G o m e s
Prawda to, gdym go, słowy urażony, trącił,
Gniew mi był rękę uniósł i głowę zamącił,
Ale co się już stało, rozstać się nie może.

A r i a s
Wola pańska tę twoję wyniosłość przemoże.
Król się w to mocno mięsza i kolerą tęgą
Wzruszony, niełaskawą stawi-ć się potęgą.
Jakoż siła-ś się ważył i nie masz obrony:
Sposób urazy i stan tego, co zelżony,
I że się dalej, niźli mniemasz, kontempt ściąga,
Pokory i niezwykłych przeprosin wyciąga

G o m e s
Niechże mię król każe ściąć, niech mię ma pod wartą!

A r i a s
Posłuszeństwem z panem pójdź, nie zrzędą upartą
I uspokój jego gniew pojednaniem słusznym.
Król tego chce. Cóż? Panu nie chcesz być posłusznym?

G o m e s
Dla sławy, która upór zatrzymywa rada,
Być podczas nieposłusznym niewielka to wada;
A choćby wielka była, mógłbym swą zasługą
I z tej wyniść, i śmiele zarobić na drugą.

A r i a s
Choćby wielą znacznych spraw wsławił się poddany,
Nie jest mu nigdy za to król obowiązany.
Pochlebiasz sobie, a wiedz, że kto wiernie służy,
Powinność tylko czyni, król się mu nie dłuży.
Pomnij się hrabio! Zginiesz przy takowej dumie!

G o m e s
Jeśli zginę, zostaniesz przy wieszczym rozumie.

A r i a s
Król się gniewa, a za śmierć królewski gniew stoi.

G o m e s
Człowiek taki jako ja jeszcze się ostoi
I nie padnie w jednym dniu. Niechaj jak chce, zgrzyta:
Prędzej się sam obali i Rzeczpospolita.

A r i a s
Tak lekko ważysz gniewu królewskiego proby?

G o m e s
To berło, gdyby nie ja, z ręki wypadłoby.
Wie-ć on, co w tym należy, żebym ja był zdrowy:
Spadłaby mu z mą głową i korona z głowy.

A r i a s
Uspokój popędliwość rozumem i raczej
Uwierz mej zdrowej radzie.

G o m e s
Nie będzie inaczej.

A r i a s
Z jakąż tedy do pana wrócę odpowiedzią?

G o m e s
Że hrabia swojej sławy nie ustąpi piędzią.

A r i a s
Hej, wiesz, że długie ręce miewają królowie?!

G o m e s
Stało się. Dajmy pokój więcej i tej mowie.

A r i a s
Bądź łaskaw, kiedy nie dasz miejsca radom zdrowym,
Bój się piorunu, chocieś w wieńcu laurowym.

G o m e s
Czekam go bez wzdrygnienia!

A r i a s
Ale nie bez szkody.

G o m e s
To Dijego będzie miał dosyć bez ugody.
(Arias wychodzi)
Srodze to ja podobne groźby mam na pieczy.
Im cięższy raz, tym większych dokazuję rzeczy.
A gdzie idzie o honor – i otwarte piekło
Od uprzedzonej dumy mnie by nie odwlekło.


SCENA WTÓRA
Roderyk, Gomes

R o d e r y k
Parę słów, hrabio...

G o m e s
Dobrze.

R o d e r y k
Nie wiem, czy się mylę.
Znasz-że ty Dijega?

G o m e s
Znam.

R o d e r y k
Mówmy cicho chwilę.
Wieszże, że tego starca męstwo było wzięto
Za jeden cud na świecie i cnotę, wieszże to?

G o m e s
Może być.

R o d e r y k
A ta rześkość we mnie, że to jego
Wre krew własna, wieszże to?

G o m e s
A mnie co do tego?

R o d e r y k
Nauczę cię co-ć na tym, trzy kroki stąpiwszy.

G o m e s
Młodziku!

R o d e r y k
Nie bądź hardy, jeszcze się nie biwszy!
Młodym-ci, prawda; ale kto w serce bogaty,
Wczas poczyna i męstwo nie czeka za laty.

G o m e s
Ty chcesz ze mną zaczynać, ty, coś jeszcze razu
Nie pozwolił się z pochew pokazać żelazu?

R o d e r y k
Tacy jak ja za pierwszy raz każą o sobie
Sądzić, mistrzowskie dając sztychy w pierwszej probie.

G o m e s
Wieszże ty, ktom ja jest?

R o d e r y k
Wiem, i wiem, że kto inny
Na samo imię twoje drżałby jak list winny.
Ze stu wieńców, którymi głowa twa okryta,
Zda się, że każdy śmierci mej prognostyk czyta.
Mam sprawę z ręką dotąd nieprzezwyciężoną,
Lecz będę miał dosy-ć sił, wsparty prawą stroną
I kto czyni o ojca, każdą siłę zmoże;
Twa ręka nie przegrała, ale przegrać może.

G o m e s
To serce bohatyrskie, które masz w tej dobie,
Dawnom ja ze wszystkich spraw upatrował w tobie.
I kładąc, żeś miał wspierać Hiszpańską Koronę,
Wcześniem ci córkę swoję przeznaczał za żonę.
Wiem miłość twoję wzajem i to u mnie dziwem,
Że powinność jej ogniom odpór daje żywem,
Że cię jej zapał w słusznej pomście nie ochłodzi,
Że twa cnota tak górą, jako sądził, chodzi,
I widzę za tak stałym twoim przedsięwzięciem,
Żem był wybornie trafił obrawszy cię zięciem.
Ale czuję, że litość mówi mi do ucha:
Chwalę serce, młodości twej rusza mię skrucha.
Nie pragnij ciężkiej próby i śmiertelnej wprawy
I męstwu memu nie daj nierównej zabawy.
Mało mi sławy przyjdzie, żywot twój uciąwszy;
Niesłuszna tryumfować, prace nie podjąwszy;
Rzekliby, żem był wyższy siłą, dziełem, laty,
I tylko by mi został żal z twej wczesnej straty.

R o d e r y k
Niepotrzebna z twą pychą miesza się dobrota:
Wziąwszy mi honor – wziąć mi żałujesz żywota.

G o m e s
Pójdź precz!

R o d e r y k
Pójdę, lecz z tobą. Czegóż jeszcze stoisz?

G o m e s
Tak cię żywot mierzi?

R o d e r y k
Tak się śmierci boisz?

G o m e s
Pójdź! Czynisz, coś powinien. Ten się syn wyrodzi
Co kwadrans po zniewadze ojca żywym chodzi.


SCENA TRZECIA
Chimena, Leonora, Królewna

K r ó l e w n a
Uśmierz, moja Chimeno, uśmierz swoje żale,
Mężnie przyjm to nieszczęście i zwycięż go stale.
Prędko-ć się po tej burzy niebo wypogodzi.
Twe szczęście słabą tylko mgłą nakryte chodzi
I nie stracisz nic na tym, choć ci się odwlecze.

C h i m e n a
Serce me bez nadziei ledwo się nie wściecze.
Ta gwałtowna nawałność nie darmo mię smuci,
Okręt nadzieje stłucze i cale rozrzuci,
Jak na oko to widzę, że już w porcie tonę.
Kochałam, byłam miła i ojców na stronę
Nakłoniliśmy swoję – o czym-em ci rada
Prawiła wtenczas, kiedy zaczęła się zwada,
Która już w tak pomyślnie zapędzonym biegu
Wszytkie nasze uciechy odbiła od brzegu.
Przeklęte dostojeństwa, godności niezgodne,
Które budzicie w sercach wielkich żądze głodne!
Niemiłosierny, a mnie śmiertelny honorze!
O, jako ścisłe związki wasza moc rozporze!

K r ó l e w n a
Wierz mi, że-ć się, niż trzeba, bardziej serce boi:
W skok się ta zwada wszczęła, w skok się też ukoi.
Już to głośno przy dworze, wżdy ich kto pogodzi,
Ale i sam król na to, jako ja wiem, godzi.
Ja też, żebyś widziała, jak mię twój strapiony
Umysł boli, pomogę-ć mocno z mojej strony.

C h i m e n a
Rzadko po tych zniewagach przychodzi do zgody:
Gdy kogo tkną w poczciwe, tam nie masz nadgrody.
Nie zleczy tego ani cudza mądrość słownie,
Ani potęga gwałtem, chyba powierzchownie,
I ukryty gniew, choć się wypogodzi czołem,
Chowa żarzyste ognie pod zdradnym popiołem.

K r ó l e w n a
Święte między Chimeną i Rodrykiem węzły
Zwiążą gniew, w którym serca ojcom ich nagręzły.
I wkrótce miłość wasza nieprzyjaźń przymusi,
I szczęśliwe wesele niezgodą zadusi.

C h i m e n a
Tak i ja życzę, lecz się nie spodziewam tyle:
Dijego ufa w sercu, ojciec mój w swej sile.
Łzy me, chociaż ich trzymam, chcą powieki przebyć,
Ciężka mi, co się stało, cięższa, co może być.

K r ó l e w n a
Cóż się boisz od starca, tak słabego, szkody?

C h i m e n a
Ale Rodryk ma serce.

K r ó l e w n a
Ale jeszcze młody.

C h i m e n a
Kto ma mieć kiedy serce, ma go zaraz z młodu.

K r ó l e w n a
Nie bój się go, nie lękaj z tej miary rozwodu
Tak się on w tobie kocha, że cię nie urazi
I jedno słowo twoje wszytek gniew w nim skazi.

C h i m e n a
Jeśli mię nie usłucha, tym mi ciężej będzie;
Gdy usłucha, będą go nosić po kolędzie,
Że będąc kawalerem, chybił swego toru.
Tak – lub doznam miłości jego, lub uporu:
Albo się wstydać muszę, że mi był posłusznym,
Albo trapić, że wzgardził rozkazaniem słusznym.

K r ó l e w n a
Znać twe wysokie serce, że choć ci należy
Siła na tym, sromotna myśl cię nie ubieży.
Ale gdy ja też do dnia szczęśliwej ugody,
Uchodząc trefunkowej, jak bywa, przygody,
Zatrzymam ci Rodryka u siebie w więzieniu,
Nie będzież to u ciebie w jakim podejrzeniu?

C h i m e n a
Ach, królewno, wielka to na ciebie fatyga!


SCENA CZWARTA
Królewna, Chimena, Leonora, Pacholę

K r ó l e w n a
Chłopiec, biegaj mi prędko, proś do mnie Rodryka!

P a c h o l ę
Hrabia Gomes wespół z nim...

C h i m e n a
Przebóg! Drżę od strachu!

K r ó l e w n a
Mówże!

P a c h o l ę
Wyszli pospołu z królewskiego gmachu.

C h i m e n a
Sami?

P a c h o l ę
Sami i tak się zdało, że się wadzą.

C h i m e n a
Ach, toć się dotąd biją! Otóż im tak radzą!
Odpuść, królewno, że tam biegnę niemieszkanie.


SCENA PIĄTA
Królewna, Leonora

K r ó l e w n a
O, jakże ciężkie cierpię w myślach rozerwanie!
Żal mi troski Chimeny, a Rodryk mię łudzi –
Pokój z serca ucieka, miłość się tam budzi.
Jeśli ta para z sobą pożyją niezgodnie,
Z nadzieją oraz we mnie ożyją pochodnie
I choć mię ta różnica i gniew ich frasuje,
Przecie serce moje coś smacznego stąd czuje.

L e o n o r a
Tak prędko cnota, twemu należna stanowi,
Ustępuje w sercu twym podłemu ogniowi?

K r ó l e w n a
Nie zow go podłym, kiedym ja mu jest poddaną
I gdy mię sobie liczy za zawojowaną;
Szanuj go, owszem, bardziej, kiedy mi tak miły.
Broni-ć mię cnota, ale rozdwojone siły
Źle się bronią i choć się myśli takich chronię,
Przecię, co snadź Chimena straci, z smakiem gonię.

L e o n o r a
Dosyć wczas twa wyniosłość nisko skrzydła składa
I rozum przed miłością na klęczki upada.

K r ó l e w n a
Ach, trudnoż postępować za rozumu śladem,
Kiedy serce tak smacznym napełnione jadem!
Kędy chory na rady i lekarstwa głuchy
I w swej chorobie kocha, tam nie masz otuchy.

L e o n o r a
Nadzieją cię coś karmi ten rozruch wygodny;
Ale przecie ten Rodryk nie jest ciebie godny.

K r ó l e w n a
Wiem to, i nazbyt to wiem: lecz słuchaj co szepce
Miłość ma, co wyniosłość wszystkę moję depce.
Jeśli Rodryk z zwycięstwem wynijdzie z tej zwady,
Jeśli mu sławny hrabia nie może dać rady,
Kochać się w nim bez wstydu męstwo jego każe.
Jeśli hrabię zwycięży, czegóż nie dokaże?
Ja tuszę, że tu potem za odwagę snadną,
Całe królestwa łacno u nóg jego padną,
I miłość ma pochlebna już go sobie kładzie,
A on majestat zasiadł królów na Granadzie,
Że się mu Murzyn kłania z danią pozwoloną,
Że Nawara poddaje wespół z Aragoną
Że drży Portugalija i że w tymże torze
Zwycięstw idąc, dzieła swe przeprawia za morze
I wystawia tryumfy swe wpośród Afryki.
Owa, co najszczęśliwsze kiedy wojenniki
Potykać mogło, to Rodryk z hrabią po rozprawie
W sobie mi obiecuje i upewnia prawie.

L e o n o r a
Dosyć w wielkim u twojej miłości jest względzie
Po pojedynku, który, nie wiemy, czy będzie.

K r ó l e w n a
Rodryk jest urażony, hrabia okazyją
Dał zwady, wyszli z sobą: wątpisz, że się biją?

L e o n o r a
Może być, że się biją, oba są w obronie,
Oba w strachu, a ty go już sadzasz na tronie!

K r ó l e w n a
Cóż mam czynić? Przyznaję, mózg mi się wywraca,
A snadź to nie ostatnia od miłości praca.
Pójdź ze mną, Leonoro, do mego pokoju,
A nie chciej mię odbiegać w tak śmiertelnym boju.


SCENA SZÓSTA
Król, Arias, Sankty

K r ó l
Wierę, hrabia tak durny? A cóż na to rzecze,
Gdy mu się sprawka jego sucho nie przepiecze?

A r i a s
Długom się ja z nim, królu, i bez figlów bawił,
Wolę twą przekładając, a nic-em nie sprawił.

K r ó l
O Boże, ma-li mię to jeden wyuzdany
Wzgardą karmić i nie dbać o mój gniew poddany?
Znieważył urzędnika – i pana znieważy,
I żyć jeszcze bezpiecznie na dworze się waży!
Chociaż jest wielkim mężem, chociaż bohatyrem,
Choćby był Marsem samym, choćby męstwem szczérem,
Będę ja wiedział, jako przytępić mu rogi,
I choć serdit, przecie-ć go ja nabawię trwogi
I pozna, że mię słuchać trzeba w każdej sprawie.
Jam ci chciał z nim z początku postąpić łaskawie,
Ale że dumy jego tak na hardą każą,
Choćby się nawet bronił, weźcie go pod strażą.
(Alfons wychodzi)

S a n k t y
Będzie-ć on uważniejszy, królu, po rozmyśle!
Teraz zaraz po zwadzie napadli nań ściśle:
Dzielne serce w afektów pierwszym poruszeniu
Z trudnością się dozwoli przywieść ku zniżeniu
I choć zgrzeszy, choć samo grzech do siebie widzi,
Przyznać myłkę i winnym osądzić się wstydzi.

K r ó l
Sankty, ciszej by o tym! Kto śmie hrabię wspierać,
Chciałby podobno takież występki wywierać.

S a n k t y
Milczę i słucham, panie, ale gdybym wiedział,
Że cię tym nie urażę...

K r ó l
A cóż byś powiedział?

S a n k t y
Że serce wychowane w bohatyrskich czynach
Znajduje hańbę swoję w każdych przeprosinach
I nie może się do nich bez sromoty skłonić;
Skąd ciężko hrabi jednać albo się pokłonić,
Ciężko o przepros, choćby był podobno słuszny,
I gdyby miał mniej serca, był ci by posłuszny.
Każ raczej, królu, niechaj przez krwawe rozprawy
Dosyć czyni zelżonym jako rycerz prawy,
A dosyć czynić zawsze znajdzie go gotowo,
Kto będzie chciał nadgrody. Ja zań dają słowo.

K r ó l
Zapomniałeś, z kim mówisz; ale wiek twój młody
Wymawia cię i ścisłe w przyjaźni zawody.
Król każdy, co chce mądrość powinną zachować,
Ma swojej czci, ma i krwie poddanych szanować:
Jam powinien za zdrowie moich być na straży
I jak głowa wiedzieć, co który członek waży;
Skąd widzisz, że się mylisz i że nie ja błądzę:
Ty mówisz jako żołnierz, ja jako król rządzę.
Wymawiaj hrabię jak chcesz, grzeb dla niego Żydy -
Słuchając mię nie miałby był żadnej ohydy;
Przy tym moja-ć to krzywda: wziął temu poczciwe,
Któregom ja urzędem uczcił lata siwe,
I tak za porywczością niesłychanie hardą
Mojej woli przyganił, mnie nakarmił wzgardą.
Mnie tedy, mnie samemu dałby był nadgrodę.
Nie mówmy o tym więcej. Ale nam na wodę
Trzeba mieć oko, bo nam coś od morza grożą.

A r i a s
Albo się Maurowie zaś ku nam przewożą
Zapomniawszy, jak mężnie brali tu więc wstręty?

K r ó l
Na uściu rzeki już ich widziano okręty,
A morze, pełne za swym powrotem do brzegu,
Może ich w niespodzianym postawić tu biegu.

A r i a s
Nie poważą się porwać na wojnę bez wici,
Twym szczęściem ustraszeni i tak często bici.

K r ó l
Przecię im to ciężka rzecz i oczy im kłuje,
Że mi Andaluzyja, jak wielka, hołduje.
To państwo, wzięte przez miecz i z stratą ich ludzi,
Coraz się im przypomni i do pomsty budzi.
Dlategom w Sewilijej już lat od dziesiątku
Zasiadł swój tron, żebym tak przy lepszym porządku
Miał ich na pilnym oku i żebym tak z bliska
Obracał ich zamysły wszystkie w pośmiewiska.

A r i a s
Brali już często po łbie i mają w pamięci,
Że co weźmiesz, tego-ć nikt z ręki nie wykręci.
Nie trzeba się, królu, bać.

K r ó l
Ale ani drzémać:
Trudniej niespodziewane najazdy utrzymać;
I nieprzyjaciel, chociaż podbity pod nogi,
Może jeszcze być, swój czas upatrzywszy, srogi.
Nie myślę jednak głosić ani miasta trwożyć
Ku nocy, bo wieść zwykła w trójnasób przyłożyć.
Niech tylko w bramach, w porcie, po murach sowito
Straże zawiodą!
(Alfons wraca)

A l f o n s
Panie mój, hrabię zabito!
Dijego swej zniewagi zemścił się przez syna.

K r ó l
Taką pomstę musiała przywlec ta przyczyna,
I nie darmo-m chciał zrazu zabieżeć tej zwadzie.

A l f o n s
Chimena u twoich nóg swą żałobę kładzie,
Idzie o prawo prosić, we łzach utopiona.

K r ó l
Chociaż mię musi ruszyć ta dziewka strapiona,
Godne snadź były w hrabi takiego karania
Zniewaga urzędnika, wzgarda rozkazania;
Ale chociaż to słuszną odniósł on nadgrodę,
Żal mi go i śmierć jego mam sobie za szkodę.
Po tak długiej usłudze mnie i temu państwu,
Po krwi często rozlanej przeciwko pogaństwu,
Lubo mię był uraził, tę mu wdzięczność płacą,
Że mi go żal i nie wiem, jak wiele w nim tracę.


SCENA SIÓDMA
Król, Diego, Chimena, Sankty, Arias, Alfons

C h i m e n a
Królu, czyń sprawiedliwość!

D i e g o
Słuchaj drugiej strony.

C h i m e n a
Padam do twych nóg!

D i e g o
Pokłon daję-ć uniżony.

C h i m e n a
Proszę o prawo!

D i e g o
Mam swe obrony w tym swarze.

C h i m e n a
Mścij się śmierci!

D i e g o
Która to znaczną pychę karze.

C h i m e n a
Rodryk, królu...

D i e g o
Uczynił czyn syna dobrego.

C h i m e n a
Zabił rodzica mego!

D i e g o
A zemścił się swego.

C h i m e n a
Krwie poddanych masz, królu, mścić się z każdej miary!

D i e g o
Pomsta zniewagi słuszna nie boi się kary.

K r ó l
Wstańcie oboje, a mów każdy z was po woli.
Chimeno, twój frasunek, wierz mi, że mię boli
I że mię w towarzystwie masz w swojej żałobie.
Mów wprzód, ty potem, w rzecz się nie wrywając sobie.

C h i m e n a
Królu, ociec mój zabit i te oczy moje
Widziały krwie płynące z piersi jego zdroje!
Tej krwie, która wielekroć broniła tych murów,
Tej krwie, za którąś odniosł zwycięstwo Maurów,
Tej krwie, która się gniewem kurzy, żalem dusi,
Że nie na twej usłudze teraz się lać musi;
Tę krew, której nie śmiała wojna toczyć swemi
Razami, rozlał Rodryk w twym dworze po ziemi
I jakoby na próbę ręki nieużytej,
Obalił filar znaczny Rzeczypospolitej,
Wziął serce twemu wojsku, zasmucił żołnierze
I nieprzyjacielowi dodał dumy szczerze.
Przybiegłam, gdzie się bili, z przestrachem i trwogą.
Lecz już nie w czas. Odpuść mi, królu, że nie mogą
Usta dalej wymówić i że-ć miasto mowy
Głuchymi ostatek mój lament powie słowy.

K r ó l
Nie smęć się, moja dziewko. Ja-ć przy tym kłopocie
Na miejscu jego chcę być ojcem jak sierocie.

C h i m e n a
Nazbyt to łaski, panie. Szłam tedy bez zwłoki,
Lecz zastałam już ojca przez obadwa boki
Przebitego. Sam mi już nic nie rzekł, lecz z ciała
Krew na piasku powinność moję zapisała,
I już zamknąwszy mowę, przez otwarte rany
Mówił mi, żeby jego morderz był karany,
I teraz przez też nieme i przez moje usta
Prosi, żeby nie spełzła takowa rozpusta.
Królu, niechaj się tam, gdzie twa panuje władza,
Zbrodnia i mężobójstwo wolno nie przechadza!
Niech się na tych, których ci służba jest życzliwa
I męstwo zgodne, młoda płochość nie porywa,
I niech bez pomsty ręka nieuważnej młodzi
Sławy sług twych nie znosi, we krwi ich nie brodzi!
Królu, ociec mój zabit; ja o pomstę proszę –
Za sobą prosząc oraz twoję sprawę wnoszę:
Kto-ć po tym służyć będzie, kto-ć dotrzyma wiary,
Jeśli na tę śmierć hrabie chcesz patrzeć przez szpary?
W człowieku takim siła wojsko twoje traci,
Nadgródź to jego równym, niech się krew krwią płaci,
Znieś Dijega i wywróć dom jego z korzenia,
Dla siebie, dla dobrego w ludziach rozumienia.
Słońce, co wszystko widzi, nic nie widzi, co by
Mogło-ć słusznie nadgrodzić krew takiej osoby.

K r ó l
Dijego, odpowiadaj.

D i e g o
Nader to szczęśliwy,
Który póki ma siły, póty tylko żywy;
Późne lata krzywdą są męstwa i zgrzybiały
Wiek czyni w sławie naszej uszczerbek niemały,
Ja, którego świat przeszły między sławnych liczy,
Ja, com z sobą zwycięstwo wodził jak na smyczy,
Muszę dziś – do tego mnie zeszłe wiodą lata –
Być i przezwyciężonym, i śmiechem u świata.
Czego nie mogła bitwa, szturm, zasadzka, zwada,
czego nie mógł dokazać Aragon, Granada
Ani twój nieprzyjaciel, ani mój niechętny,
To dziś pycha sprawiła, włożywszy znak smętny
Na me czoło, w oczach twych, królu, będąc wspartą
Młodym wiekiem i siłą nie tak laty startą.
I już te włosy siwe, wytarte szyszakiem,
to ramię, co więc z całym czyniło orszakiem
Ta krew, tak często lana dla ciebie z ochotą,
Szłyby były pod ziemię nakryte sromotą,
Gdybym był nie miał syna, a godnego syna,
Żebyś w nim, królu, kochał i ja, i kraina.
On mi rękę pożyczył, jego serce żywe,
Hańbę moję omywszy, wróciło poczciwe.
Jeśli serce pokazać i nim się ozdobić,
Jeśli mścić się pogębku ma karę zarobić –
Ja mam tę burzę znosić, on niech będzie w ciszy:
Wszak zawsze głowę karzą, kiedy ręka zgrzészy.
W tej pomście, co mnie smakiem, a Chimenie męką,
Jak jest hersztem, ja głową, a on tylko ręką.
Chimena na Rodryka nic nie skarżyłaby,
Gdyby to, co on, sprawić mógł był mój wiek słaby.
Skarz tedy królu, głowę, bliską też już końca,
A niechaj żyje ramię, państw twoich obrońca:
Uczyń dosyć krwią moją żałobnej Chimenie,
Daj ten plastr i lekarstwo na jej utrapienie.
Gotów-em dekret śmierci stwierdzić swą pieczęcią,
I byle bez sromoty umrzeć, umrę z chęcią.

K r ó l
Sprawa to niepoślednia i w zupełnej radzie
Trzeba o niej pomówić. Tymczasem w zakładzie,
Dijego, pod swym słowem zostawaj przy dworze.
Sankty, odwiedź Chimenę! A niż zgasną zorze,
Niech szukają Rodryka. Będę-ć się mścił ojca.

C h i m e n a
Słuszna, żeby dał gardło, o królu, zabojca.

K r ó l
Nie trap się, moja córko, i znoś ten raz stale.

C h i m e n a
Trudno bez utrapienia takie znosić żale.


[ DALEJ >>> część 2 tekstu [ akt trzeci i czwarty ] ]

 OPRACOWANIA:
    (polecane przez Warownię.pl oznaczone "###")

   - Pierre Corneille "Cyd albo Roderyk"
   - Sprawozdanie z "Cyda" Corneille'a w reżyserii Krystyny Jandy
   - Artyzm Cyda Pierra Corneille'a
   - Ideały Corneille w "Cydzie". Kult woli, rozumu, odwagi, która nie zna granic
   - Corneille "Cyd" - konflikt honoru i miłości

 Katalog zbiorów Biblioteki 

 Spis tekstów 

 Góra 

 Powrót 

  © Xezaar