«« do wejścia do Biblioteki 
 «« spis tekstów obcych 

 krok wstecz »» 

.część 2 tekstu.

dla TYCH, którym źle się czyta na czarnym tle »» 

Teksty oryginalne

Opowieść Rycerza 

część tzw. Opowieści kanterberyjskich - The Canterbury Tales

 autor: 
Geoffrey Chaucer (1340-1400)
 data: 
koniec XIV w.
 nota: 
Poemat rycerski największego angielskiego poety średniowiecza.
Pierwsza i najdłuższa z wierszowanych "Opowieści kanterberyjskich". Opowiada historię miłosnej rywalizacji dwu dzielnych rycerzy o względy Amazonki Emeliji. Mimo, iż akcja rozgrywa się w starożytności, jest doskonałym odzwierciedleniem świata dworsko-rycerskiej kultury z jej rycerskimi zasadami i tzw. miłością dworską.
Przekład: Przemysław Mroczkowski na podstawie "General Prologue" - "The Works of Geoffrey Chaucer" (wyd. w 1957 przez Oxford University Press, London) w wydaniu polskim - "Opowieść Rycerza" - Wydawnictwo Literackie 1988
Ilustracja "Rycerz" jest drzeworytem pochodzącym z jednego z dwu najwcześniejszych zachowanych manuskryptów "Opowieści Kanterberyjskich", z tzw. Ellesmere Manuscript, znajdującego się w Huntington Library w San Marino, w stanie Kalifornia (USA). Reprodukcje tego obrazu (jak i pozostałych) zamieścił W.D.Hooper w szóstej edycji "Opowieści...", wydanej w 1868 roku.
 linki: 
"Opowieść Rycerza" w języku angielskim - w średniowiecznym oryginale i angielszczyźnie współczesnej - www.canterburytales.org
 tekst: 
<< CZĘŚĆ 1

 


[ COFNIJ <<< do części 1 ]

Sequitur pars tercia

Rzecz by wzięto za me zaniedbanie,
Gdybym przemknął się nad sprawozdaniem,
Jaki ekspens był, jaki trud Księcia,
Królewskiego by móc przedsięwzięcia
Godne szranki tam wznieść: tak wspaniałych
Dzieje, rzekę, człowiecze nie znały.
Milę długi wał obwód zamykał
Kamienny, z zewnątrz rów go dotykał,
Koło kreślą jak cyrklem w krąg mury,
Wewnątrz stopni sześćdziesiąt szło w górę.
Gdy widz w jednym się rzędzie rozgościł,
Nie ujmował innym nic widoczności.
Na wschód biała z marmuru tam brama,
Od zachodu, wprost niej, taka sama.
Krótko: w świecie nie znalazłbyś całym
Takich razem dzieł w miejscu tak małym.
Bez wyjątku, kto żył w ziemi onej,
W geometrii, w liczb sztuce kształcony
Czy w rzeźbie, czy w malunkach zdobniczych
Na zapłatę u Księcia mógł liczyć
Za teatrum budowę, pomiary.
Miejsce zaś na obrzędy, ofiary
Nad wschodnią kazał bramą uczynić
Ku czci Wenus, miłości bogini,
Ołtarz, modłów przybytek nieduży.
Drugi taki od zachodu miał służyć
Marsa czci; Książę zlecił budowę,
Trzos złota na to sypnął swym słowem!
Mur północny, wieżyczką zwieńczony,
Z alabastru z koralem czerwonym
Mieścił Diany wspaniałą kaplicę,
Gdzie się czcić ma boginię-dziewicę,
Książę dał zdziałać ją okazale ­
Wnet a byłbym omieszkał tu wcale
Wspomnieć pędzli i dłut godne dzieła,
Jakie kształty, postacie poczęła
Myśl tych mistrzów w trzech owych kaplicach.
Najpierw w Wenus przybytku zachwycał
Szereg figur żałosnych na ścianie:
Zimny Oddech i Snu Przerywanie,
Łzy, które zsyła bóstwo. Narzekania,
Ogniste też ukłucia Pożądania,
Co na sługi Miłości spadają,
Przysięgi, co ich więzy wzmacniają,
Zadufanie, Czas Miły, Namiętność,
Pieniądz, Młodość, Nadzieja, Pląs, Piękność,
Czary, Przemoc, Mowa schlebna i kręta,
Zapał, Hojność, Zazdrość, co myśl pęta,
(Z wieńcem z żółtych nagietek na skroni
Tam widniała - z kukułką na dłoni).
Kapela, tańce w krąg, świętowania,
Strój, duch żwawy - to wszystko, co skłania
Ku Miłości - com już rzekł, dodam dalej,
Mistrze rzędem tam odmalowali,
Więcej, niźli ja tutaj wypowiem,
Cyterejska cała góra albowiem
(Na niej Wenus ma swoje mieszkanie)
Odtworzona tam była na ścianie.
Ochota, ogrcid jej, malarz wierny
Świadom był: Wolny Czas jest Odźwiernym.
O Narcyzie opowieść miniona
I był króla też szał Salomona,
I Herkules, ów siłacz nad miarę,
I Medea, i Circe, ich czary,
Dziarski Turnus o duszy rogatej,
Krezus w pętach, tak ongiś bogaty.
Widać stąd, iże mądrość, dostatki,
Piękność, Siła, Odwaga, Spryt rzadki
Niech zawodów z Wenus nie próbuje,
Ta, jak zechce, tak światem kieruje:
Wszystkich ich zagarnęła w swe sieci,
Częsta skarga z ich ust w niebo leci.
Przykład jeden wystarczy czy drugi,
Choć ich szereg na tysiąc jest długi.
Promienna Wenus, statua wspaniała,
Wśród przestworu morza naga stała,
W dół od pępka fal skryta zielenią,
Te jak szkło w blaskach świetlnych się mienią.
Cytrę w swojej prawej miała dłoni,
Wieniec piękny spoczywał na skroni
Z róż pachnących zerwanych na nowo,
Gołębice fruwały nad głową,
Przed nią syn jej stał - zwykły to widok ­
Z ramion rosły mu skrzydła: Kupido,
Ślepy też jak na swym wizerunku,
Łuk, pęk strzał lśniących, ostrych w rynsztunku.
Mógłbym wszystkim wam rzec, nic nie wzbrania,
Jakie były obrazki na ścianach,
Gdzie Czerwonego jest Marsa przybytek.
Wzdłuż, wszerz mury malunkiem pokryte:
Podobny wnętrzu miejsca staszliwego
(Zwą świątynią je Marsa Trackiego)
W tej zimnej, lodowatej krainie,
Gdzie chram Marsa najwyższy słynie.
Wpierw był bór przedstawiony na ścianie,
Nie był zwierza ni człeka mieszkaniem.
Drzewa stały węźlaste, sędziwe,
Ostrych pieńków w krąg moc, obrzydliwe,
Jęk i dreszcz wciąż przebiegał wśród boru,
Jakby strzaskać gałęzie miał piorun.
W dół na wzgórzu, pod krzywym zakrętem
Widniał Marsa zbrojnego chram święty:
Z ciemnej stali budowla tam stała,
Długa, ciasna brama w niej przerażała.
Stamtąd wicher dął jakby nawałą:
Całym wejściem to jawnie wstrząsało.
Poprzez drzwi od północy coś lśniło,
Okna w murach jednego nie było,
Z nich więc blasku nie widać żadnego,
Drzwi z diamentu zaś wiecznotrwałego:
Ten w żelazo był twarde wprawiony
Wzdłuż i wszerz - przy tym gmach był wzmocniony
Przez filarów gąszcz strop wspierających
Pękatych i żelaznych, i Iśniących.
Obraz najpierw tam mi się odsłaniał
Zdrad w myśli, potem ich namotania,
Srogi Gniew jak żar węgli czerwony,
Rzezimieszek, Lęk blady, strwożony,
Mord: nóż skryty - w uśmiechach zaś gęba,
Podpalona owczarnia - dym w kłębach.
Znów zdrada: mord go w łożu zaskoczył;
Wojna jawna: krwią z ran cała broczy.
Zwada z nożem we krwi, groźba ostra,
Zgrzyt z łoskotem złowrogi siał postrach.
Samobójcę tam również widziałem,
Włosy mokre, w krwi własnej miał całe.
Gwóźdź w czaszce, co ją w nocy przewiercił,
W górę usta rozwarte - chłód Śmierci.
Traf fatalny siadł w środku świątyni
Z wieścią złą i oczami smutnymi.
Obłęd pomnę, śmiejący się w szale,
Dziki Gwałt, Alarm, Broń w Trybunale.
Trup w zaroślach: przeciętą ma szyję,
Tysiąc innych (nie od moru!) nie żyje.
Tyrana, co ofiarę wziął siłą,
Gród zniszczony, jakby go nie było.
Nawy w ogniu widziałem, jak płyną,
Łowczego, co z niedźwiedzich łap zginął.
Wieprza, który zżarł dziecko - los zdarzył ­
Kucharza z długą chochlą, wżdy się sparzył.
Nic nie brakło z Marsowych zagrożeń:
Woźnica, przejechany pod wozem,
Rozciągnięty tam legł pod kołami;
Byli inni też Marsa poddani:
Cyrulik, takoż rzeźnik i kowal,
Jego kuźnia kuć miecze gotowa.
A nad wszystkim, na wieży wspaniałej
Podbój, czczony przez wielu, widziałem.
Nad głową zwisał ostry puginał
I nić cienką, podwójną napinał.
Był tam mord ukazany Juliusza
I Nerona też, i Antoniusza,
Choć ich jeszcze na świecie nie było,
Malowidło w tym przyszłość odkryło,
Tak od Marsa w rysunku grożenie
Malarz oddał przez swe przedstawienie
Jak gwiazd wróżba na nieb wysokości,
Kogo zgładzą, kto umrze z miłości.
Jeden przykład weź z dawnych powieści,
Choćbym chciał, wszystkich bym tu nie zmieścił.
Posąg Marsa na rydwanie wojny:
Szał nim miotał, posępny był, zbrojny.
Z gwiazd nad głową dwie świecą postacie:
O nich łacno w pismach przeczytacie,
Ten Puella, ów Rubeus zwany.
Tak Bóg Wojny był zaś ukazany:
U nóg jego się wilka widziało,
Ślepia krwawe miał, ludzkie żarł ciało.
Pędzlem ręka to zręczna oddała,
By Marsowa spełniła się chwała.
Teraz Diany dziewiczej świątynię
Zwięźle stacją kolejną uczynię,
Aby opis wam tutaj dać cały.
Z góry na dół więc mur pokrywały
Łowów sceny, czystości wstydliwej.
Jam Kalisto widział los nieszczęśliwej,
Co przysporzył łez Dianie-Władczyni ­
Miała z niej niedźwiedzicę uczynić:
A na końcu być gwiazdą jej dane
(Nie wiem więcej, niż namalowane).
Jej syn widny wśród gwiazd firmamentu.
Danę w drzewo widziałem zaklętą ­
O bogini nie mówię tu Dianie,
O córce Peneusza zaś - Danie.
Tam Akteon, w jelenia zmieniony:
Z zemsty Diany: widział ją bez osłony.
Ujrzałem, jak go pożreć się brały
Jego psy, co już pana nie znały.
Niedaleko znów wzrok napotykał
Atalanty polowanie na dzika
Z Meleagrem, innymi łowcami,
Za co Diana ich nękała karami,
Innem widział cudowne powieści,
Mamż wyliczać, co pamięć ma mieści?
Bogini na jeleniu siedziała,
Małe pieski u nóg swoich miała,
Pod stopami jej tarcza miesiąca
Przybrała - miała być malejąca,
W strój zielony jej posąg spowity,
W ręce łuk, strzał w kołczanie pęk skrytych.
Oczy całkiem w dół miała spuszczone,
Gdzie Pluto mrocznym włada regionem.
Położnicę widać było zbolałą,
Ta, że dziecko się rodzić nie chciało,
Wnet z płaczem do Lucyny szła wołać:
"Ty najlepiej dopomóc mi zdołasz!"
Jak żywe oddał malarz te sceny
I na farby mnogie wydał floreny.
Widział Tezej, że szranki już stały,
Na ozdobę grosz rzucił niemały.
Amfiteatr i świątyń zdobienia
Wiele dały mu zadowolenia.
Lecz o Księciu rzecz znów zawieszona,
Nić Arcyty czas prząść, Palamona.
Do powrotu ich wartko czas bieży,
Gdy stu przywieść miał każdy rycerzy,
By, jak rzekłem, rozstrzygnąć spór mieczem:
I do Aten w myśl zgodnych przyrzeczeń
Stu rycerzy wiódł każdy (prócz siebie)
Zbrojnych, zdatnych w dowolnej potrzebie.
I prawdziwie, niejeden był zdania,
Jako nigdy, od świata zarania,
W rycerskim nie znalazło się gronie,
Jak ląd sięga lub morza tonie,
W małej liczbie aż tylu prześwietnych.
Więc w kim płonął duch harców szlachetnych,
Kto chciał imię mieć nie byle jakie,
Udział w grze pragnął brać pod swym znakiem,
A wybranym do gry dobrze było.
Gdyby jutro się tak wydarzyło,
Każdy chwat, rycerz-pan, wiecie dobrze,
Kochać zdatny, takoż bić się chrobrze,
Czy to z Anglii, czy z innej krainy
Przybyłby, z swej nie cofnął się winy.
Móc o damę się bić! Benedicite!
W marzeniu wszak obrazy widzi te!
Mniema wielu tak Palamonowych
Z grona licznych z nim stawać gotowych.
Ci misiurce się wolą powierzyć
I półpancerz na kaftan przymierzyć,
Inszym grube dwie blachy wystarczą.
Tamci pruską lub lżejszą chcą tarczę;
Jedni nogi by wciąż uzbrajali,
Biorąc topór - ktoś maczugę ze stali.
Wszelka moda już raz była stara,
Każdy zbrojny był, wywieść się staram,
Wedle swego upodobania.
Z Palamonem, patrzysz, się wyłania
Ligurg, Tracji monarcha potężny,
Z czarną brodą, obliczem tak mężnym!
Miał jak tarcze dwie krągłe oczyska,
Kolor żółty z czerwonym w nich błyskał.
Wzrokiem dookoła jak gryf toczył,
Brwi krzaczaste zwisały nad oczy,
Uda krzepkie miał, członki-konary,
Ręce długie, krągłe, tęgie bary.
Na złotym wozie stał - ze zwyczaju,
Przestrzegany ten był w jego kraju.
Wóz ciągnęły cztery byki białe.
Miast by herby na kaftanie widniały,
Starą czarną niedźwiedzią miał skórę.
Złote, lśniące wisiały pazury.
Włosy krucze na plecy spadały
Uczesane i błyszczące całe,
Na nich obręcz grubości ramienia,
Ciężka, złota, w błyszczących kamieniach,
Diamentach i rubinach dobranych.
Obok wozu szły białe brytany,
Z dwie dziesiątki: każdy jak byk duży,
Przeciw lwom lub rogaczom mógł służyć,
Pysk w kagańcu, szły w obrożach z panem,
Ze złota - w nich pierścienie wstawiane.
Panów stu w tym orszaku szło jego
Walnie zbrojnych i ducha dziarskiego.
Emetreusza, jak w księgach się czyta,
Króla z Indii wiódł dalekiej Arcyta.
Rumak gniady w pancerzu stalowym,
Z wzorzystym na nim też złotogłowiem.
Król na koniu jak Mars był surowy,
W Tarsie tkany miał kaftan herbowy;
Perły duże, krągłe, białe naszyte,
Siodło kute, złotą blachą kryte.
Pelerynka mu zwisała z ramienia,
Blask rubinów ją wskroś rozpłomieniał.
Włosów sztywnych, trefionych w pierścienie,
Lśniła żółtość jak słońca promienie.
Nos orli, oczy barwy cytryny,
Wargi krągłe, kolorem - sangwinik.
W kilka piegów była twarz nakrapiana,
Żółta barwa ich z czarną mieszana.
Jak lew groźne w krąg rzucał spojrzenia:
Lat dwadzieścia pięć liczył - tak mniemam.
Twarz mu młodym obrosła już włosem,
A jak surma potężnym grzmiał głosem,
I na skroniach korona laurowa:
Świeży kolor jej oczy radował.
Dla zabawy niósł oswojonego
Orła, iście jak lilia białego.
Panów stu było tam z jego świty,
Każdy zbroją pod szyję zakryty ­
A w niej żadnych nie brakło szczegółów.
Iluż diuków i grafów, i królów
W cnej kompanii się zeszło na wieści
O Amorze, rycerskiej też cześci!
Biegły z każdej tego króla strony
Tu lamparty, tam lwy oswojone.
Tak panowie ci, ilu ich było,
W niedzielę, gdy na prymę dzwoniło,
Jadą w gród: tu ich popas końcowy.
A Tezeusz, diuk, rycerz wzorowy,
Do swojego tak przywiódł ich miasta;
Każdy leże na stan swój tam zastał.
Więc z zachodem ich wielkim fetuje,
Dba o wczas, wszelką cześć okazuje,
Niczyj um, niesie wieść, w żadnym stanie
Lepiej już nie obmyśliłby za nic.
Jaka stołów obsługa, kapele,
Darów możnym - i małym - jak wiele,
Tezeusza pałacu ozdoba,
Gdzie pierwsza, gdzie ostatnia osoba,
Które damy pierwsze w tańcu, urodą,
Które w pląsach i w śpiewie prym wiodą,
Kto najczulej o miłości gawędzi,
Jakie w górze sokoły na grzędzie,
Jakie w dole leżą psy na podłodze,
O tym tutaj się nic nie rozwodzę,
Lecz spraw summę za ważną mam przecie,
To rzecz główna, słuchajcież, gdy chcecie.
W noc niedzielną, nim szarzeć jął dzionek,
Drgnął Palamon: tam śpiewa skowronek!
Choć do dnia dwie godziny, swą wczesną
Pieśń piał ptaszek, Palamon zaś ze snu
Wstał pobożnie, z sercem ochoczym
I pielgrzymki swej ścieżką jął kroczyć
Do niej to, Cyterejskiej łaskawej,
To jest Wenus, czci godnej i sławy.
W jej godzinę tak szedł, o poranku,
Gdzie świątynia jej była wśród szranków,
Kląkł zbolały, z pokornym obliczem
I przemówił, jak to usłyszycie:
"Piękna z pięknych, Tyś Panią jest moją,
Jowisz spłodził Cię, Wulkan zaś swoją
Żoną zrobił: Kiteron radością,
Adonisa darzyłaś miłością,
Więc na łzy moje patrz, gorzkość ducha,
Chciej modlitwy mej kornej wysłuchać!
Język mój zbyt jest na to ubogi,
Nie wypowie mąk piekła mych srogich.
I me serce bied wyrazić nie zdoła,
Zmięszany, co mam rzec, nie wiem zgoła;
Jasna Pani, zlituj się, Ty pojmujesz
Myśli me, nędze te, które czuję,
Zważ wszystko, bólom współczuj, udręce,
W zamian słowem na zawsze Ci ręczę,
Gdy dasz moc, ja Ci służyć ślubuję,
Czystości wieczny bój deklaruję:
Tak mi, Pani, dopomóż - to votum.
Przewag w bitwie jam wyrzec się gotów,
Nie dopraszam się jutro zwycięstwa
Ni rozgłosu zeń, ni próżnej z męstwa
Mej chwały, którą herold rozdzwania,
Zażyć jeno bym chciał posiadania
Emeliji - na wiek służąc Tobie:
Drogę Ty znajdź - i w jakim sposobie.
Nie obliczam wszak: lepiej li będzie,
Czy gdy ja, czy też on laur posiędzie,
Bylem panią mą w uścisk wziął błogi.
Bo choć Mars to oręża jest bogiem,
Twoja moc tam w Niebiosach tak waży,
Że mą miłość zdobędę, gdy każesz.
Na ołtarzach ja w Twojej świątyni,
Gdzie się znajdę, ofiarę tam czynić
Obiecuję - że ognie zapłoną,
Jeśliś Ty zaś ku temu nieskłonną,
Modły skupiam na Arcyty oszczepie:
Niech mi jutro nim serce rozszczepi.
Gdy raz umrę, poddaję się szczerze,
Niech Arcyta za żonę ją bierze.
W tym modlitwa ma cała się streszcza:
Daj mi miłość mą, Pani Najlepsza!"
Taki kres modłów był Palamona.
Nie mieszkając, ofiary dokonał
Najpobożniej, nie zaniedbał niczego,
Nie wyliczam obrządków tu jego.
W końcu drgnął posąg Wenus-Bogini
I tym znak modlącemu uczynił,
Że próśb Bóstwo w ten dzień wysłuchało;
Bo choć z zwłoką to było niemałą,
Wiedział: spełni się jego pragnienie.
Więc do domu szedł z zadowoleniem.
Była trzecia, nieparzysta godzina,
Odkąd pąć swą Palamon zaczynał:
Wstało słońce, Emelija też wstała,
I do Diany świątyni zmierzała,
Wiodąc z sobą służebne dziewczęta:
Każda z nich wziąć zarzewie pamięta
I kadzidło, i święte odzienia,
Których trzeba w ofiary złożeniach:
Z miodem rogi, jak zwyczaj to każe,
By nie zbrakło tam nic przed ołtarzem:
Piękny strój; dym kadzidła się zwija,
Radość drży w sercu jej; Emelija
Ciało wodą ze źródła obmywa -
Mniejsza, jak się ten obrzęd odbywał.
Ja tu tylko napomknę rzecz całą,
Choć wiem: wszystko by się spodobało.
Patrz, kto myśli ma zdrożne: gań jego ­
Dobrze człeku być ducha wolnego.
Rozczesawszy, rozplótłszy swe kosy,
Liśćmi dębu ozdabia swe włosy,
Z nich koronę nakłada na głowę,
Ognie wraz pali dwa obrzędowe,
Jak trzeba: każdy widzieć to może,
Świadkiem Stacjusz, inni starzy autorzy.
Ogień płonął - ta z łzawym obliczem
Dianę prosi - jak tu usłyszycie:
"Czystym bóstwem zielonych Tyś gajów,
Niebo, ziemia, morzeć się kłaniają,
Pani mrocznej Plutona krainy,
Znasz me serce, o panien bogini,
Od lat znasz - jak i moje pragnienia,
Chroń od gniewu mnie twego, pomszczenia;
Od nich straszną Akteon zniósł karę.
Wiesz, bogini dziewicza: zamiarem
Mym być panną na wiek poświęconą,
Nie kochanką niczyją ni żoną.
Twoją nadal zostaję, o Pani,
Panną wciąż urzeczoną łowami.
W dzikich lasach swobodnie chcę chodzić,
Żoną nie być mi, dzieci nie rodzić!
Mężczyzn grona znać nie chcę ja zgoła.
Pomóż, Pani! Ty możesz, Ty zdołasz.
O Trójkształtna! Tu swoją mnie damą
Zakochany chce czynić Palamon;
Toż Arcyta, co tak cierpi z miłości.
(Ty wysłuchać mnie chciej w łaskawości).
Niech z nich żaden się z drugim nie kłóci;
Chciej ich serca ode mnie odwrócić,
By ich miłość, ich srogie pragnienie,
Zapalczywość, uczucia płomienie
W inną stronę szły albo zagasły.
A jeżeli mi nie dasz tej łaski
Lub jeśli mi tak dola pisana,
Że jednemu z nich mam być oddana,
Daj mnie temu, co kocha mnie bardziej.
Czystych dziewic bogini! Nie gardzisz
Łzami, które po mych płyną licach,
Masz nas w pieczy, boś sama dziewica:
Me panieństwo chciej strzec i zachować,
Jam po grób Ci w nim służyć gotowa".
Jasno ogni się para paliła,
Emelija modlitwę mówiła,
Nagle dziwne ogląda zjawisko,
Że zaćmiło się jedno ognisko ­
Płonie znów; drugie jakby na hasło
Z kolei się zaćmiło i zgasło.
Jeszcze chwilę, z poświstem się broni
Jak wilgotna pochodnia, gdy płonie,
Zasię tam, gdzie pochodnia się kończy,
Wiele jakby kropel krwawych sączy.
Emelija łzy roni i cała
Z trwogi niemalże wręcz oszalała,
A że nie wie, co może to znaczyć,
Z strachu jeno żałośnie tak płacze,
Że widzących to litość by zdjęła.
Wtedy Diana się jawić poczęła
Z łukiem w dłoni i w myśliwskim stroju:
"Córko - rzecze - zbądź niepokoju.
Już wszyscy to orzekli bogowie,
Los w wieczystym potwierdził swym słowie:
Masz jednego zaślubić z rywałi,
Co dla ciebie tych udręk doznali,
Lecz którego - powiedzieć nie mogę.
Żegnaj, czas mi już ruszać w mą drogę.
Spójrz na ognie na moim ołtarzu,
Nim odejdziesz - one ci ukażą,
Co miłości jest twojej pisane".
I z tym słowem jej strzały w kołczanie
Ze szczękiem i łoskotem zadrżały,
Diany kształty się we mgle rozwiały;
Emeliję ogarnia zdumienie,
Pyta: "Jakie to ma wszystko znaczenie?
Twej opiece polecam się, Diano,
W twym ręku niech me losy zostaną".
Rzekła, wprost się do domu udaje.
Mnie tu więcej nic rzec nie zostaje.
W dalszej porze, o Marsa godzinie,
Szedł Arcyta do jego świątyni.
Złoży bogu dzikiemu ofiary,
Jak pogański chce obrzęd prastary.
Wzruszony, z uniesieniem nabożnym,
Tak się modlił do Marsa: "Tyś możny,
Tyś Tracji lodowatej jest panem,
Serca biją w niej Tobie oddane,
W każdym kraju pod Twoją dłonią
Jest władanie wszelaką w nim bronią.
Rządzisz nią, jak sam jeno uważasz.
Przyjmij hołd mój na Twoich ołtarzach:
Gdyby młodość ma mogła zasłużyć,
Siła moja zaś godna, by służyć
Twemu bóstwu - bym się liczył za Twego -
Cierpienia się ulituj mojego.
Pomnij mękę, gorący ów ogień,
Którym żądze paliły Cię srogie,
Gdyś napawał się Wenus urodą
I ją hożą i świeżą, i młodą
Miał w ramionach twych wedle ochoty. ­
Choć raz losu złe przyszły obroty,
Gdy Cię Wulkan zagarnął w swej sieci
I z swą żoną w łożnicy pochwycił!
Na żałość, co w twym sercu gościła,
Bądź litościw; mąk trapi mnie siła.
Wiesz, żem młody i niedoświadczony,
I przez miłość mą bardziej dręczony
Niż dotąd jakikolwiek stwór żywy.
Ta, przez którą jam tak nieszczęśliwy,
Nie dba: tonę czy na wierzch wypłynę.
Wiem: nim da mi litości kruszynę,
Mogę tutaj wszak zdobyć ją siłą.
Wiem też: gdyby Twej łaski nie było
I pomocy - ma siła jest na nic;
Jutro w walce chciej wesprzeć mnie, Panie!
Na ten ogień, co Cię kiedyś pożerał,
Jakoż ten, co mnie dzisiaj doskwiera,
Spraw, by moją wiktoria się stała;
Trud mój będzie, Twoja zasię chwała!
Twe świątynie czcić pragnę najwięcej,
Zawsze gotów się znoić w podzięce
W twardych sztukach Twych; ku Twej uciesze.
W Twym chramie mą chorągiew powieszę,
Broń też wszelką od druhów zebraną
I dopóki tu żyć mi pisano,
Dla Cię będzie wieczysty znicz płonął,
Z tą jeszcze obietnicą złożoną,
Że me włosy swobodne, mą brodę,
Które gwałtu nie znały czy szkody
Ni od brzytwy, ni nożyc, dam w darze,
Chcąc do śmierci Ci służyć, jak każesz.
Spójrz z litością na biedy te moje,
Daj zwycięstwo - o więcej nie stoję".
Skończył modły potężny Arcyta.
Rząd pierścieni w drzwiach chramu zazgrzytał
I drzwi same stuknęły ze szczękiem,
Nieco to przeniknęło go lękiem:
Ogni na ołtarzu, wzrosła siła
I kaplicę wnet tam rozświetliła.
Wtem woń słodka za nozdrza go chwyta:
Uniósł rękę z kadzidłem Arcyta
I dorzucił wonności na płomień,
Spełnił inne obrzędy; na koniec
Posąg Marsa zachrzęścił kolczugą,
Słów też pomruk się rozległ niedługo
Stłumiony - w nich "zwycięstwo" zabrzmiało
Więc Marsowi cześć duszą dał całą,
Rad, ufny, że na pewnej jest drodze,
Szedł Arcyta ku swojej gospodzie
Rad jak ptaszek ze słonecznej pory.
A wraz w górze rozżegły się spory
Co do słów danych z bóstw łaskawości
Między Wenus, boginią miłości,
A Marsem, groźnym bogiem wszej broni.
Jowisz chciał ich od starcia uchronić;
Zimny Saturn zaś z twarzą bladą,
Tylu dawnych obrotów spraw świadom,
W doświadczeniu swym sposób wynalazł,
Który wszystkich w krąg wnet zadowala.
Prawdę mówią: ta wieku przewaga,
Doświadczenie w nim jest i rozwaga;
Starca zmożesz - jednakże nie w radzie.
Saturn kres tej położyć chciał zwadzie:
Choć przeciwne to jego naturze,
Szukać środka jął przeciw tej burzy.
"Córko ma - Saturn rzekł - Wenus miła,
Mej orbity, co tak w dal się odchyla,
Większa moc, niż ma człowiek pojęcie:
Moje w morzu jest ciemnym tonięcie,
Moje w chacie jest mrocznej więzienie,
Moje takoż wieszanie, dławienie,
Bunty tłuszczy, pomruki podziemne
I niesnaski, otrucia tajemne;
Pomstę, karę to ja wykonywam
Wtenczas, kiedy w Lwa znaku przebywam.
Ze mnie dworzyszcz ruina się bierze,
To, że ściany się walą i wieże;
Murarz z cieślą pod gruzem ich kona.
Wstrząsem kolumn zabiłem Samsona;
Zimne febry też ze mnie powstały,
Moc zdrad czarnych, zmów z dawna dojrzałych;
Me spojrzenie jest ojcem zarazy.
Nie płacz: będzie to z moim rozkazem,
Że Palamon, co twym jest rycerzem,
Weźmie damę w myśl twoich zamierzeń,
Choć Mars swego rycerza wspomoże:
Dwojga was ma być pokój w swej porze,
Choć przeciwna kompleksja jest wasza,
Która zgodę tak co dzień rozprasza.
Jam twój dziad, zważam twoje życzenia:
Już nie płacz, spełńię twoje pragnienia".
Czas mi przerwę w powieści uczynić
O Marsie, o miłości bogini,
Ujmę prosto zwieńczenie me dzieła,
Dla którego się rzecz ta zaczęła.

        Explicit tercia pars


Sequitur pars quarta

Wielkie święto w Atenach nastaje:
A że ludzie cieszyli się majem,
Więc z radością przez ów poniedziałek
Wiodą pląsy i harce dzień cały,
W służbie Wenus go szczytnej spędzają.
Lecz wstać do dnia wypadło nazajutrz,
By oglądać orężne wyczyny,
Wcześnie wieczór szli więc na spoczynek.
Nim zorza w nowy dzień zajaśniała,
Słychać stukot przy rzędach i hałas
W gospodach wszelkich tam okolicznych.
A do zamku orszaki rozliczne
Panów suną na wierzchowcach, rumakach.
Jakaż rzędów tam zmyślność wszelaka
Cud-roboty, nowości i szyku
Z rąk hafciarek, zbrojarzy, złotników!
Tu szczyt lśniący, okrycia na konie,
Tam kolczugi, kaftan, hełmy złocone,
Na rumakach w swych kapach panowie,
Z świt przeróżnych rycerze, giermkowie:
Zapną hełmy, grot na włócznię wbijają,
Tarcz rzemienie splatają, sprawdzają
(Gdy czas nagli, przyspieszą robotę),
Spływa piana z munsztuków złotych
Przez rumaki gryzionych. Zbrojarze
Mkną z pilnikiem, młotkiem, gdzie kto każe.
Kmiecie piesi i z gminu niemały
Tłok zbrojnych - dzierżą krótkie swe pały.
Kotłów w bród, piszczał, trąb, trąbek cienkich:
W bitwy czas krwawe z nich płyną dźwięki.
Tłum w pałacu, na dole, na górze,
Tam dziesięciu, tu trzech - toną w sporze,
Wróżą los dwóch tebańskich rycerzy:
Ten tak mówi - ów owak znów wierzy.
Ci na "tego z czarną bródką" łaskawi,
Łysy tym się zdał - tym kędzierzawy.
Znów ci: "Ten bić chce się, mina harda!"
Funtów ma z dwadzieścia halabarda!" "
W krąg sali przepowiedni gwar płynie
Przez czas długi, po świtu godzinie.
Przebudziwszy się, Tezeusz wielki
Od muzyki, hałasów tych wszelkich,
Został w zamku swym świetnym, w komnacie,
Gdzie orszak dwóch rycerzy z Teb, braci
(Równą cześć im oddano), dojść zdążył.
W oknie usiadł Tezeusz, cny Książę,
W swym stroju jak bóg jaki na tronie.
Ludu wiele się ciśnie w tej stronie,
Chcą go widzieć, cześć swą mu okazać,
Takoż wiedzieć, co raczy rozkazać.
Brzmi herolda głos: "Każdy niech słyszy!"
Aż gwar tłumu się z wolna uciszył,
I gdy spokój, jak trzeba, panował,
Wolę Księcia ogłasza w te słowa:
"W swej mądrości nasz Pan zważył na to,
Iżby było z szlachetnej krwi stratą,
Gdyby turniej, który wnet odprawicie,
Miał się bojem stać na śmierć i życie.
I by śmierci nie dawać zbyt pola,
Pierwsza jego zmieniona jest wola:
Niechaj nikt - to ogłaszam pod gardłem,
Wszech pocisków, noża, halabardy
W szranki podać ni wnieść się nie stara,
Miecz też krótki, do kłucia, mieć wara
Przypasany - czy też go wyciągnąć.
Na rywala mu wolno raz konno
Natrzeć z kopią wyostrzoną w dłoni.
Kto spadł, pieszo, gdy chce, ma się bronić.
Który przegra, pod płotem go stawić ­
Żadną miarą nie wolno go zabić;
Dla stron obu jest to przykazanie:
Wieść go siłą pod płot, tam ostanie.
Wzięty byłby wódz hufca którego,
Lub ów zabił rywala swojego,
Turniej zaraz ma zostać przerwany.
Bóg was prowadź: wiedźcie ostro swe tany.
Mieczem długim, buławą do syta
Walczyć wolno! Rzekł Książę i kwita".
Ludzka wnawa uderza w niebiosy;
Tak radośnie rozbrzmiały ich głosy:
"Boże, chroń tak dobrego nam Pana!
On nie pragnie krwi ludzkiej rozlania!"
W górę wzniósł się las trąb: brzmi muzyka,
Ku szrankom kompanija w swych szykach
Sunie konno jak gród ów szeroki.
Złotogłów (nie barchan!) zwisa z okien.
Ruszył Książę więc w swym majestacie.
Tebańczyków po bokach postacie
I królowa, a z nią Emelija.
Po nich dalsza znów szła kompanija,
Jak pierwszeństwo chce: sznur korowodu
Przez ulice przejechał tak grodu,
Osiągnęli na czas szranków wały,
Nim na prymę się dzwonki ozwały,
Siadł w przepychu Tezeusz wysoko,
Królowa z Emeliją przy boku,
Inne damy w krąg wedle godności.
Tłum napiera, na ławach się mości.
Od zachodu wnet - Marsa tam brama ­
Arcyta, jego setka dobrana
I chorągiew wjechała czerwona.
W tej chwili widać też Palamona
Od wschodu, gdzie jest Wenus świątynia:
Jego biały był znak, gęsta mina.
Gdyby kto wszerz i wzdłuż świat przemierzył,
Szukał wciąż sprawiedliwie i szczerze,
Hufców takich nie znalazłby zgoła:
Człek najmędrszy by orzec nie zdołał,
Że z nich jeden jest wyższy niż drugi,
Co do wieku, godności, zasługi
Wszystkim równi: różnicę któż zgadnie?
W szyki dwa ustawili się składnie,
Gdy imię odczytano każdego,
Wiedzą: zdrad tu, podstępu żadnego,
Drzwi zawarto, głos brzmi gromki: "Rycerze
Świetni, młodzi, czyńcie, co należy!"
Ustał pośpiech heroldów na koniach,
Trąby, trąbki brzmią ostro po błoniach.
Na dwu krańcach - zbyteczne już słowa ­
Kopia twardo w zaczepie, gotowa,
Już w bok koński ostroga się ciśnie,
Widzą ludzie, kto w harcach zabłyśnie!
Drgają bełty: już w grubych tkwią szczytach.
Tego w mostku kłujący ból chwyta.
Mkną włócznie stóp dwadzieścia wysoko,
Nagich mieczy srebrny blask olśnił oko.
Już tną hełmy, już blachy ich krają,
Krew tryska, strugi krasne spływają,
Buzdygany gruchoczą wlot kości,
Ten chwat ciżbę przebija jak oścień.
Ślizg kopyt - już na ziemię, ot, chwilka,
Wraz się toczy pod stopy jak piłka.
Spójrz, ów pieszy: jak maczugą przysmalił,
A tam jeźdźca ktoś z koniem powalił.
Tego sięgnął już cios: nie zezwala,
Lecz go biorą i wiodą do pala;
Tam, jak rozkaz brzmiał, zostać zmuszony,
Takoż inny, od drugiej znów strony.
Czasem da im Tezeusz odpocząć:
Niech pokrzepią się, gardło niech zmoczą.
Wielekroć Tebańczycy dnia tego
Spotkali się: jeden gnębił drugiego,
Wzajemnie wysadzili się z siodeł.
Tygrysica w Galgofei, gdy młode
Wziął jej łowca, nie w takim jest szale
Jak Arcyta w zawistnym zapale,
By Palamon z rąk zginął raz jego.
W Ben-Marin nie ma lwa tak srogiego,
Gdy polują nań, głód gdy nim miota,
Na krew żeru w nim wzbiera ochota,
Jak Palamon śmierci żądny Arcyty.
W hełmy ciosy się wgryzły obfite:
Krew po jednej i drugiej już stronie.
Ma wszystko, co się czyni, swój koniec:
Nim słońca jasna tarcza się skryła,
Palamona Emetretis siłacz
Dostał, kiedy z Arcytą bój toczył,
Pchnął go mieczem, krew z niego wytoczył,
I dopiero dwudziestu go zmogło,
Opornego do pala przywiodło.
Chciał Król Ligurg się brać do obrony,
Lecz i on w końcu legł powalony.
Emetreusa zepchnięto tęgiego
Z siodła - aż na długość miecza jego
Dosięgł go Palamon - tak szalał.
Wszystko darmo - przywiedli do pala!
Dziarskie serce w tym nic nie zmieniło,
Musiał ostać, gdy wzięli go siłą
I jak rzecz była wpierw ułożona.
Czyj los gorzki; jak los Palamona!
Już mu w bój nie pisane wyruszać.
Zaraz rzecz dostrzegł wzrok Tezeusza,
Woła (słyszy z walczących go każdy):
"Schowaj miecz! Sprawy kres, koniec wrażdy!
Ja rozsądzę, o względy nie pytam:
Emeliję poślubi Arcyta.
On ją zdobył pomyślnym swym losem!"
Lud potężnym odkrzyknął wnet głosem,
Zgiełk radosny podnosi się falą,
Tylko patrzeć, ław piętra się zwalą.
Piękna Wenus zaś, na wysokości,
Co rzec, począć ma pani miłości?
Los przeciw, szlocha więc nieszczęśliwa.
Deszcz jej łez aż na szranki z chmur spływa.
Mówi: "Moją to cześć poniewiera!"
Saturn zaś: "Córko ma, nie mów teraz.
Mars, co chciał, ma; takoż jego rycerz.
Na mą głowę! Wnet odetchniesz ty też!"
Już z trąb tony się wznoszą muzyki,
Już heroldów brzmią głośne okrzyki,
Arcycie swą wtórują uciechą.
Słuchajcież, unikając pośpiechu,
Jakie wkrótce zdarzyły się dziwy.
Odpiął szyszak Arcyta żarliwy,
W Emeliję swą w górze wpatrzony,
Wzrokiem wzajem przyjaznym darzony.
I konno, swe oblicze rycerza
Odsłaniając, wzdłuż szranki przemierza,
(Bo niewiasty, gdy zwykły tok sprawy,
Tam sprzyjają, gdzie los już łaskawy).
Ją miłował tak jak własne oczy.
Wtem z piekła furia - płomień wyskoczy:
Tak chciał Saturn, a Pluto wykonał,
I Arcyty spłoszyło to konia,
Ów się potknął i runął w dół srodze,
Nim go rycerz mógł ściągnąć za wodze,
Tak w łęk głową fatalnie uderza,
Że w momencie niby martwy leżał:
Krawędź siodła mu pierś rozorała,
Jako węgiel mu skóra sczerniała
Z krwi (co zbiegła do lic) zagęszczenia.
Już wynoszą go za ogrodzenia.
Z bólem serca w pałacu składają,
Zbroję całą zeń żywo ściągają,
W łożu moszczą go też należycie:
Jeszcze pamięć w nim była i życie,
A wciąż pytał się o Emeliję.
Książę całą zaś wziął kompaniję
I do Aten swych wrócił, do grodu,
Wśród szczęsnego, strojnego pochodu;
Nie chciał, aby to, co się zdarzyło,
Kogokolwiek wśród nich przygnębiło.
Byli też, co wróżyli Arcycie,
Że zdrów będzie, że czeka go życie.
Co innego ich też radowało:
Wszyscy wyszli z turnieju wszak cało
(Z ran srogich żniwem jednak obfitym,
Jeden z mostkiem włócznią przebitym).
Na złamania i rany głębokie
Ci maści - inni mieli uroki.
Pili szałwię, z ziół leki-napoje,
Każdy członki ratować chciał swoje.
Stąd zaraz Jego Miłość Książęca
Wszystkich uczcił, pociesza, zachęca
I zabawę urządził noc całą;
Obcym panom się tak należało.
Nikt nie liczył, że rycerz przegrywa
Krom jak w harcach, w turnieju to bywa,
Nie przynosi konfuzji upadek:
Był to wszak jeno czysty przypadek ­
Ani być przywiedzionym do pala
Przez dwudziestu, gdy on nie zezwalał,
A był sam - ci go pchają, jak mogą,
Ręką, ów paluchem, całą nogą:
Służba pędzi drągami rumaka
I kmiecie, czeladź też lada jaka.
Ujmy żadnej nie było w tym znaku
Ni kto męstwa dopatrzył się braku.
Stąd Książę każe wokół obwieścić
Kres rankorów i wszelkich zawiści:
Oddać cześć tu dla każdej trza strony,
Rywal bratem się staje rodzonym.
Wedle stanu podarki śle wkoło,
Trzy dni dał im świętować wesoło,
I królów odprowadził najgodniej.
Dzień drogi z nim odbyli swobodnie,
Tak i każdy się do dom kierował,
"Dobrej drogi!" wszędzie słychać słowa.
Tu o bitwie mój wątek skończony,
O Arcycie chcę rzec z Palamonem.
Pierś Arcyty spuchnięta wciąż więcej,
Ból przy sercu też bardziej go dręczy,
Krew zgęstniała, wbrew sztuce lekarza
Już się psuje, ujść sobie nie stwarza;
Ani bańki, krwi żylnej puszczenie,
Ni zioła niosą mu polepszenie:
Siła ta, co pędzi, animalna,
Nazywają ją też: naturalna,
Jadu precz już nie zdoła wyrzucać,
A tu puchnąć zaczęły i płuca
W dołe, w piersiach, wszystko też ciało
Od trucizn rozłożone zostało,
Nic też życia nie zbawia niestety,
Ni w dół purgens, ni w górę emetyk.
Wszystkie części ze szczętem porwane,
W nich Natury przepadło władanie,
Gdzie Natury trud zaś już na nice,
Leki precz - człeka brać do kaplicy!
Tak Arcyta w ostatniej potrzebie.
Emeliję więc prosi do siebie,
Palamona, drogiego kuzyna,
Zaczem tę do nich mowę zaczyna:
"Nie podoła tu duch mój zbolały
Wyrzec cząstki tortury mej całej,
Nad wszystko ukochana ma Pani!
Niechaj duch mój w Twej służbie zostanie.
Bardziej służyć bym nie chciał nikomu.
Skoro odejść z ziemskiego mi domu.
Ach, katuszy mych dla Cię przeżytych
Przez lata jakże poczet obfity!
Ach Śmierci! Emelijo, ma Pani,
Tak więc tu ostateczne rozstanie!
O Królowo, o żono jedyna,
Pani serca, nić dni mych przecinasz!
I cóż świat ten nadziei daremnej?
Tuś z lubą - to w mogile znów ciemnej.
Z wszelką rozstać się tam kompaniją.
Słodki wrogu, żegnaj, Emelijo!
Pomnij Boga dobrego, w ramiona
Weź mnie lekko i słuchaj, nim skonam.
Długo z krewnym tu mym Palamonem
Gorzkie spory bywały toczone:
Miłość do ciebie źródłem, ma zawiść,
Lecz niech Jowisz tak duszę mą zbawi,
Jak on prawie zasłużył na chwałę
Przez swe w służbie przymioty wspaniałe:
Wierność zatem, rycerską cześć, męstwo,
Ród, pokorę, rozum, dostojeństwo,
Wielkość serca we wszystkich swych darach.
Jak o łaskę Jupitera się staram,
Nikt nie znany mi w świata wielkości
Godniejszy niż Palamon miłości.
On Twym sługą, nim zawsze zostanie.
Jeślić kiedy małżeństwo pisane,
Palamona chciej pomnieć zacnego".
Tu się łamać zaczynał głos jego,
Bo od stóp już się wznosił ku piersi
Zwycięski coraz bardziej chłód śmierci.
Życiowa, która w rękach tkwi, siła
Całkiem je wtedy już opuściła,
Ducha władza na koniec, jedynie
Skryta w serca chorego głębinie,
Gdy śmierć blisko stanęła - osłabła.
Zawiódł oddech, na oczy mgła spadła,
Lecz na Panią swą wzrok z tej gorzkości
Wzniósł szepcząc: "Emelijo, litości!"
Jego duch zmienił dom. Ja nie powiem,
Dokąd odszedł, nie byłem tam bowiem,
Zmilknę: teologiem nie jestem,
Nic o duszach w mym nie ma rejestrze.
Zostawię też na boku tych zdanie,
Co twierdzą, że ich znają mieszkanie.
Arcyta zimny: Mars ma jego duszę.
Emeliji znów wątek poruszę.
Emeliji brzmi krzyk, Palamona;
Zemdloną wziął Tezeusz w ramiona,
By ją unieść od zwłok jak najdalej.
Cóż godziny dnia będziem skracali,
By wam rzec, jak w dzień płacze i nocą?
W białki smutek z wielką bije mocą,
Gdy na wiek je opuści małżonek.
Zazwyczaj są niezmiernie strapione
Albo w niemoc tak wielką wpadają,
Iże z życiem się w końcu rozstają.
Łzy i smutki bez miary zgon budzi
Tak wśród starych, jak młodych też ludzi.
Dzieci, mężów płacz w niebo uderza
Nad śmiercią tebańskiego rycerza.
Nie tak Troja do łez była skora
Nad świeżymi zwłokami Hektora.
Z żalu białki rozdrapują twarze,
Żal też włosy wyrywać im każe,
"Skąd - krzyczą - twa ku śmierci ochota?
Emeliję-ś twą miał i w bród złota!"
Koić w smutku nie mógł nikt
Tezeusza Krom starca - jego ojca - Egeusza.
Transmutacji ten poznał koleje,
Widział on: tak i owak się dzieje,
Złe dni - radość - znów zło ją przysłania.
Dał przykłady jak też porównania.
Rzekł: "Jak nigdy nie umarł nikt, zanim
W jakimś nie żył na ziemi tej stanie,
Tak nikt nie żył" - eksplikował dalej ­
"By do grobu go w końcu nie brali.
Świat ten przejściem żałosnym jest srodze,
My, pielgrzymi, ustawicznie w drodze,
Śmierć jest kresem wszech ziemskich mizerii".
Wiele jeszcze w tej ciągnął materii;
Ludziom jakieś chciał dać pouczenie,
By czerpali stąd pocieszenie.
Pilnie Książę Tezeusz jął badać,
Które miejsce najlepiej się nada
Na pogrzeb dla dobrego Arcyty,
Jako chciał jego stan znamienity,
Aż na tę jego wybór padł stronę,
Gdzie Arcyta pierwszy raz z Palamonem
Miecze w walce z miłości skrzyżował,
Kędy gęsta zielona dąbrowa,
Gdzie się skarżył, gdzie znosił płomienie,
Miłosne go trawiło pragnienie,
Chciał Książę wzniecić płomień pogrzebny;
Z nim by dalszy szedł obrzęd potrzebny.
Kazał rąbać więc wraz i ociosać
Stare dęby, ułożyć je w stosach,
By się kloce pocięte paliły.
Słudzy przeto biegają co siły,
Jadą konno, gdzie mają posłanie.
A Tezeusz to dał rozkazanie,
Aby mary sprowadzić wspaniałe,
Złotogłowiem spowinąć je całe,
Takiż strój kazał włożyć Arcycie,
Ręce w białe odziać mu rękawice,
Wieniec z lauru zielony na skroni,
A miecz ostry i lśniący dać w dłoni:
Twarz odsłonił i tak złożył ciało.
Sam płakał, aż się serce krajało.
Zaś by wszyscy się przyjrzeć zdołali,
W świetle dnia przeniósł zwłoki do sali:
W niej aż ściany od płaczu huczały.
Wszedł Palamon z obliczem zbolałym,
Z brodą, włosem w popiele, zmierzwionym,
W stroju czarnym był, łzami skropionym.
Tuż rzewniejszy brzmiał płacz Emeliji
Niźli reszty dam z tej kompaniji.
Że się obrzęd bogatszy należał
Wedle stanu takiego rycerza,
Książę Tezej wieść kazał trzy konie:
Szły w błyszczącej ze stali osłonie,
Na niej herby Arcyty widniały.
Na tych koniach potężnych i białych
Siedzą jeźdźce: szczyt jego niósł pierwszy,
Drugi włócznię zmarłego zaś dzierżył,
Trzeci trzymał turecki łuk w dłoniach.
Z ciemnego złota kołczan i rząd konia.
Stępa suną posępni, by w lesie
Spełnić ryt, jak ma powieść przyniesie.
Mary nieśli członkowie pochodu,
Wzięci z greckich najprzedniejszych rodów,
Krok wolny, czerwone w łzach oczy,
Drogą główną orszak przez gród kroczył.
Kirem była wybita wzdłuż cała,
Czerń też z boku wysoko sięgała.
Po prawicy szedł stary Egeusz,
Po przeciwnej zaś Książę Tezeusz,
Ze szczerego w rękach złota naczynia,
Pełne mleka, krwi, miodu i wina.
Szedł Palamon: wielka kompanija
Za nim wraz strapiona Emelija,
Niosąc ogień: tak żądał obyczaj
Zapalania w pogrzebu czas znicza.
Z walnym kunsztu nakładem, mozołu
Budowano stos wielki pospołu.
Szczyt zielony się wznosił do nieba,
Wszerz po sążni dwadzieścia wybiegał,
Takie były konarów ogromy:
Stos naręczy kładziono wprzód słomy,
Lecz jak w górze z tym było ogniskiem
I jak drzewa te zwały się wszystkie,
Dąb, świerk, brzoza, osika, tarnina,
Olcha, wierzba, topola, leszczyna,
Kasztan, platan, klon, buk, jesion z cisem,
Jak je ścięto, nie zdzierżę z opisem,
Ni jak wkoło biegały tam bóstwa
Pozbawione swojego domostwa
(Zażywały spokoju w nim, wczasu),
Hamadriady, tłum nimf, fauny lasów,
Ni jak z lękiem zwierz umknął wszelaki
Widząc las powalony - toż ptaki.
Ni jak światła przelękła się ziemia
Nienawykła do słońca promienia.
Jak się ogień miał zacząć od słomy,
Od patyczków na trzy rozszczepionych,
By zieloność, pachnące korzenie
Gemmy objąć, złotogłów płomieniem
I festonów też kwiat w obfitości,
Tudzież mirrę, kadzideł wonności,
Ani jak w tym Arcyta nasz spoczął,
Jaki przepych go zewsząd otoczył.
Emelija, ze zwyczajem zgodnie,
Jak przytknęła do stosu pochodnię,
Jak mdlała, gdy sycono płomienie,
Co rzekła, jakie czuła pragnienie,
Jakie w żar tam klejnoty wrzucono,
Gdy wzrósł ogień i chyżo już płonął,
Jak ci tarcz, owi włóczni się zbyli,
Inni szat - oraz którzy to byli,
Jak szły w żar czasze krwi, wina, mleka,
A ów szalał, bo nowych wciąż czekał,
Ni jak Grecy potężnym oddziałem
Okrążyli trzykrotnie stos cały
Od lewej, wznosząc głośne okrzyki,
Trzykroć grzmocąc włóczniami w szczyty,
Jak damy trzykroć lament wszczynały,
Emeliję jak sługi w dom brały,
Jak z Arcyty już popiół był zimny,
Jak obrzędy czuwania powinne
Przez noc trwały - i jak odprawiali
Grecy igrzysk swych cykl. Cóż iść dalej?
Mamż mówić, kto się z nagich siłaczy
Oliwą namaszczonych odznaczył,
Ni opowiem, jak potem wrócili
Do Aten, gdy igrzyska skończyli.
Rzeczy sedno wam zwięźle przedłożę
I kres długiej powieści położę.
Czas należny gdy dobiegł już kresu,
Wyschły łzy żałobnego okresu:
Greków zdania w tym były te same;
A w Atenach był chyba parlament,
Na wokandzie swej pewne miał sprawy:
W nich przedmiotem zaś będzie rozprawy
Z niektórymi krajami przymierze,
I jak władzę na Teby rozszerzyć.
Stąd rozkazał Tezeusz szlachetny,
By Palamon doń zgłosił się świetny.
Ten nieświadom przyczyny wezwania
(Strój żałobny mu postać osłaniał)
Spiesznie zjawił się z Księcia rozkazu.
Emeliję ów wzywa od razu.
Gdy usiedli, gdy się uciszyli,
Dał Tezeusz tak przejść dobrej chwili,
Zanim mądre powiedział swe słowa,
Oczy tam, gdzie zamyślił, skierował,
Westchnął cicho, z obliczem surowym,
Po czym taką wygłosił przemowę:
"Poruszyciel Najwyższej Przyczyny,
Gdy wpierw Łańcuch Miłości uczynił,
Dzieło, zamysł sięgały wysoko:
Dobrze wiedział, co miał w tym na oku.
Piękną więzią Miłości sprzągł bowiem
Ziemię, wodę, powietrze i ogień:
W ryzach swych mają tkwić należycie.
Książę ten najwyższy, Poruszyciel,
Ustalił na tym smutnym padole,
Ile może trwać każde z pokoleń
Stworzeń, które się zrodzą na ziemi.
Nie zdłużyć im tej czasu przestrzeni,
Chociaż mogą dni swoje w niej skracać.
Żadnych mędrców nie trzeba przytaczać,
Samo wskaże to wszak doświadczenie.
Takie na to jest moje spojrzenie.
Ludzie mogą fakt widzieć bezsprzeczny:
Poruszyciel jest stały i wieczny.
Człowiek wie (krom gdy klepek nie staje),
Że część zawsze z całości powstaje,
Gdyż Natura początek swój wzięła
Nie z cząsteczki, wtórnego dzieła,
Lecz ze stałej gdzieś doskonałości,
Co zstępuje ku popsowalności.
Opiekuńczą swą mądrość okazał
I rozrządził tak w swoich nakazach,
Jako rzeczy rodzaje, rozwoje
W kolejności tu muszą iść swojej,
A nie mają być wieczne: myśl szczerze,
A rzecz pojmiesz, bez trudu spostrzeżesz.
Spójrz na dąb, co tak długo dojrzewa,
Od kiełeczka pierwszego do drzewa,
Jego żywot nas długi uderza,
Wżdy na końcu do śmierci też zmierza.
Zważcie takoż, jak twardy ten kamień,
Po którym tak depczemy stopami,
Przy drodze na zniszczenie swe czeka.
Wyschnie nawet szeroka gdzieś rzeka,
Wielkie miasta znikną też, przepadają,
Wszystkie rzeczy tu koniec swój mają.
Mus ten ludzkich dotyka też synów:
Mąż czy białka, w jednym z dwóch terminów,
W młodości czy z siwizną na skroni
Umrzeć ma: paź i władca w koronie.
Jeden w polu, we własnym, ktoś łożu,
Na głębokim znów inny hen morzu.
Wszystko zdąża ku śmierci tąż drogą:
Jedna jest - sztuki nic nie pomogą.
Kto to sprawia, czyż nie władca Jowisz,
Co wszech rzeczy Przyczynę stanowi,
Do ich źródła je wiodąc wielkiego?
Wszystko iście wywodzi się z niego.
Wszej żyjący, czy więksi, czy mali,
Daremnie by się tu sprzeciwiali.
Stąd zda mi się nakazem mądrości
Cnotę czynić tu z tej konieczności,
Przyjąć dobrze, co obejść się nie da,
Wszak powszechna to ludzka jest bieda.
Kto zaś wierzga, w szaleństwie pobłądził,
Wszczął rokosz przeciw Temu, Kto Rządzi.
A człowiek cześć najlepszą odbiera,
Gdy w rozkwicie świetności umiera,
Bo w imienia dobrego ozdobie
Druhom wstydu nie przyniósł ni sobie;
Lepsza druhom z takiej śmierci otucha,
Gdy z honorem ów oddać mógł ducha,
Niż gdy z wiekiem imienia mu chwała
Przybladła - zapomniano, co zdziałał.
Więc by sławy mieć godne zwieńczenie,
Wolej umrzeć z najlepszym imieniem.
Krnąbrny ten, kto z tym zdaniem się kłóci:
Przecz się wzdragać i przecz tak się smucić?
Że Arcyta nasz cny, kwiat rycerzy,
Odszedł z czcią, która mu się należy,
Z życia tutaj, więzienia podłego?
Czyż kuzyn, żona tracić ma z jego
Szczęścia schedy coś? On wszak ich kochał!
A czy im podziękuje? Myśl płocha!
Jego duszy i sobie tą drogą
Czynią ujmę - ni sobie pomogą.
Konkluzja z długiej mowy tu krótka:
Ma rada: dopuść radość po smutkach!
Jowiszowi czyż dzięk nie złożymy?
Zanim z miejsca tu tego ruszymy,
Z podwójnego, radzę wam, utrapienia
Radość stwórzcie, co już się nie zmienia,
A tak zacząć: gdzie większy tkwi smutek,
Stąd się zrodzić pomyślny ma skutek.
Siostro - rzekł - z pełną mą aprobatą
(Już parlament mój zgodził się na to)
Niech szlachetny Palamon, co długo
Z wszystkich sił jest oddanym twym sługą,
I był takim od pierwszej godziny,
Łaski dozna już z twojej przyczyny.
Za małżonka go przyjmij i pana:
Daj mi dłoń twą, bo sprawa uznana.
Wszak niewieście w tobie serce kołata.
Królewskiego on synem jest brata;
Lecz, by giermkiem był jeno ubogim,
Skoro służył ci lata tak mnogie,
Przeciwności tak wiele w tym przeżył ­
To na wzgląd zasługuje, chciej wierzyć ­
Miłosierdzie być winno nad prawem".
Toż Palamon słyszy słowo łaskawe:
"Zbędne, mniemam, są długie wywody,
By dopraszać się twojej tu zgody.
Podejdźże, ujmij dłoń Pani twojej!"
Wraz też związek zawarli oboje
Małżeństwem - matrimonium tam zwany.
Wsparła Rada i wyższe z nią stany.
Tak z muzyką, z radością też samą
Zaślubił Emeliję Palamon!
Stwórca Rzeczy niech miłość da błogą
Jemu, który ją kupił tak drogo!
Nic szczęścia Palamona nie tłumi,
Jest zdrowie, bogactw wszech płynie strumień,
Emelija go czule miłuje,
Służby dla niej on zawżdy sprawuje,
Słowo żadne nie padło zazdrości
Między nimi ni jakiej bądź złości.
Tu kres Palamona z Emeliją.
Boże, zbaw zacną tę kompaniją. Amen.

        Tu koniec OPOWIEŚCI RYCERZA

 OPRACOWANIA:
    (polecane przez Warownię.pl oznaczone "###")

   - W JĘZYKU ANGIELSKIM: Charles Muscatine - "The Knight's Tale"

 Katalog zbiorów Biblioteki 

 Spis tekstów 

 Góra 

 Powrót 

  © Xezaar