«« do wejścia do Biblioteki 
 «« spis tekstów obcych 

 krok wstecz »» 

 dla TYCH co wolą wszystko w czerni »» 

Teksty oryginalne

Opowieść Rycerza 

część tzw. Opowieści kanterberyjskich - The Canterbury Tales

 autor: 
Geoffrey Chaucer (1340-1400)
 data: 
koniec XIV w.
 nota: 
Poemat rycerski największego angielskiego poety średniowiecza.
Pierwsza i najdłuższa z wierszowanych "Opowieści kanterberyjskich". Opowiada historię miłosnej rywalizacji dwu dzielnych rycerzy o względy Amazonki Emeliji. Mimo, iż akcja rozgrywa się w starożytności, jest doskonałym odzwierciedleniem świata dworsko-rycerskiej kultury z jej rycerskimi zasadami i tzw. miłością dworską.
Przekład: Przemysław Mroczkowski na podstawie "General Prologue" - "The Works of Geoffrey Chaucer" (wyd. w 1957 przez Oxford University Press, London) w wydaniu polskim - "Opowieść Rycerza" - Wydawnictwo Literackie 1988
Ilustracja "Rycerz" jest drzeworytem pochodzącym z jednego z dwu najwcześniejszych zachowanych manuskryptów "Opowieści Kanterberyjskich", z tzw. Ellesmere Manuscript, znajdującego się w Huntington Library w San Marino, w stanie Kalifornia (USA). Reprodukcje tego obrazu (jak i pozostałych) zamieścił W.D.Hooper w szóstej edycji "Opowieści...", wydanej w 1868 roku.
 linki: 
"Opowieść Rycerza" w języku angielskim - w średniowiecznym oryginale i angielszczyźnie współczesnej - www.canterburytales.org
 tekst: 
CZĘŚĆ 2 >>

 


Portret Rycerza

Był rycerz, człowiek godny i prawy.
Odkąd zaczął swe konne wyprawy,
Sztukę kochał rycerską i świetność,
Cześć i wierność, toż dworność, szlachetność.
Dzielnie stawał w bojach pana swego.
Był w wyprawach - nikt dalej od niego
W ziemiach pogan i tam gdzie krzyż znają:
Jak człek godny miał cześć w każdym kraju.
Był też, gdy Aleksandrię obIegano;
Wielekroć go pierwszego sadzano
Przed innymi nacjami hen w Prusiech;
Wypraw z krzyżem na Litwie; na Rusi
Nikt tak częstych nie odbył równy jemu.
W Grenadzie udział brał w oblężeniu,
Gdy Algeciras padł. Był w Ben-Marinie,
Takoż w Lajas, Satalii dziedzinie,
Gdy je wzięto. Na Wielkim Morzu
Do wielu świetnych wypraw się przyłożył.
W bojach stawał piętnastu śmiertelnych,
Naszej wiary w Tlemcen bronił dzielnie
Trzykroć w szrankach: zawsze ubił wroga.
Tegoż dzielnego woja wiodła droga
Do Balatu: w jego władcy krainie
Z drugim w Turcji się bił poganinem.
Pierwszych nagród deszcz zewsząd nań spadał;
A prócz męstwa też mądrość posiadał.
Był panieńskiej wprost delikatności:
Nikt nie słyszał odeń zelżywości,
Jakiej bądź był kondycji, w życiu całym:
Prawy rycerz, cnej krwi - doskonały!
Cóż o stroju mam rzec waszym mościom?
Koń dobry nie kłuł w oczy świetnością,
On sam w bluzę dość szorstką odziany,
Znaki zbroi w niej poodciskane.
Świeżo podróż swą nową zakończył
I do pąci się śpiesznie przyłączył.

Tu rozpoczyna się
Opowieść Rycerza


Iamque domos patrias,
Scithice post aspera gentis
Prelia, laurigero, etc.

Pars prima


Ongiś, stara nam opowieść głosi,
Żył Książę: Tezeusza imię nosił.
W Atenach był on władcą i panem.
Bitew wygrać tak wiele miał dane,
Że wódz większy nad niego nie powstał.
Ten bogatych ziem moc mieczem dostał.
Swym rozumem, rycerskim swym męstwem
Zadał państwu Femeniji klęskę
(Przedtem Scytii dawano mu imię).
Hipolitę zaś wziął, ich władczynię,
Za żonę - i ku swoim wiózł włościom
Z wszelką pompą i uroczystością,
Z Emeliją też, siostrą jej młodą.
Tak z muzyką i w triumfie marsz wiodą.
Niech do Aten wraca Książę; dostojny,
Mając orszak przy boku swój zbrojny.
Gdyby nazbyt to długo nie trwało,
Wnet bym sprawę opisał wam całą:
Jak Tezeusz i jego rycerze
Femeniji podbili rubieże
I tę wielką batalię dwóch szyków -
Amazonek tam - tu Ateńczyków,
Hipolity wśród walk obleganie,
Scytów mężnej nadabnej tej pani,
Ich wesele, obchodów w nim krocie,
Burzę morską przy ich powrocie -
Lecz wszystkiego w tym sobie zabraniam,
Przede mną pola szmat do zorania,
Słabe wołki u mego są pługa,
A powieści mej reszta jest długa.
Nikomu nie chcę stać na przeszkodzie;
Swą opowieść niech każdy wywodzi.
Patrzmyż, komu wieczerza przypadnie,
Ja, gdziem przerwał, zaczynam znów snadnie.
Książę ten, o którym rzecz wiodę,
Gdy pod samym już niemal stał grodem,
Triumf i przepych najwyższy roztoczył,
Dostrzegł nagle, zwróciwszy w bok oczy,
Że na drodze kompanija cała
Dam prześwietnych parami klęczała;
Czarne szaty ich, krzyk przeraźliwy,
Skargę wznoszą na los nieszczęśliwy,
A jak długa, szeroka w krąg ziemia,
Równego nie znał nikt zawodzenia.
Nie ustały, aż konia za wodze
Pochwyciwszy, wstrzymały go w drodze.
"Ktoście wy, że psujecie krzykami
Święto mego powrotu w te bramy?"
Rzekł Tezeusz. "Możeście zaźrzały,
Tak biadając, czci mojej i chwały?
Czy wam ujął kto czci? Albo mienia?
Jestli jeszeze to do naprawienia?
I dlaczegoście w czerń obleczone?"
Głos zabrała najstarsza z dam w gronie,
Wpierw zemdlawszy; a twarz jej zmartwiała
Grozą wszystkich tam w krąg przejmowała.
Rzekła: "Panie! Z Fortuny skinieniem
Masz wiktorię, a z nią powodzenie.
Żyj wśród czci! My nie zaźrzym ci chwały!
Lecz daj pomoc i serce wspaniałe:
Miłosierdzie nam okaż w mąk toni!
Niech szlachetność z współczucia uroni
Kroplę, co na nieszczęsne upadnie!
Bowiem, Panie, z nas każda tu snadnie
Bądź królową, bądź księżną raz była.
Dziś my nędzne - złego losu siła
Złóżmy dzięki zdradzieckiej Fortunie,
Co stan każdy tak w dół strącić umie.
My przed tobą chcąc stanąć, o Panie,
U bogini Klemencji czekamy
Już miesiąca pół w świętych podwajach.
Pomóż, Panie, bo taka moc twaja!
Dziś mnie widzisz wśród łez, udręczoną,
Kappaneusa jam króla żoną.
W Tebach on - klątwy dniu! - zginął w boju.
Nam wszystkim, które widzisz w tym stroju
I słyszysz, jak tu gorzko biadamy,
Los wziął mężów, uczynił wdowami,
Gdy gród zewsząd oblegli wrogowie.
Stary Kreon - któż los zły wypowie?
Który w Tebach jest panem obecnie,
Pełen gniewu i myśli bezecnej,
Tyranii i pogardy głębokiej,
Zwyciężonych znieważyć chcąc zwłoki
Mężów naszych i panów, wsze razem,
Zmusza ściągnąć na stos swym rozkazem,
W bezwzględnej nie cofając się woli,
Pogrześć ciał, spalić ich nie dozwoli,
Dając pożreć je psom ku zhańbieniu".
Wraz po skargi tej wygłoszeniu
Padły płacząc, że rzewność aż brała:
"O Panie, niech Twa litość wspaniała"
Łzami da się tu wzruszyć naszymi!"
Skokiem Książę był z konia na ziemi;
Serce biło w nim podczas ich mowy
Współczujące, wręcz pęknąć gotowe.
Bolał widząc, jak sponiewierano
Panie ongiś świetnego tak stanu.
Bierze każdą, podnosi w ramionach,
Chce, by czuła się wnet pocieszona!
Przysiągł wraz: jak jest prawym rycerzem,
Wszystko w mocy swej już przedsiębierze,
Zemstą zetrze tyrana Kreona,
Tak że cała się Grecja przekona,
Jak się Tezej Kreonowi przysłużył,
Gdy ów walnie na śmierć swą zasłużył.
I jak stał, tak o zwłokę ni pyta,
Znak rozwinął i ruszył z kopyta,
Do Teb jedzie ze swoją drużyną;
Mury Aten stanowczo wyminął,
Wczasu niechał, dnia nawet połowy,
Nocleg w drodze założyć gotowy.
Hipolitę królową słał przodem,
Emeliję z nią młodszą, kwiat urody,
By w Atenach czekały bezpiecznie.
A on ruszył, słów więcej zbyteczne.
Postać Marsa lśni zbrojna, czerwona,
W wielką białą chorągiew wprawiana,
Aż niwy wokół wszystkie błyszczały.
Przy chorągwi znak Księcia wspaniały,
Minotaura w nim kształt złotolity,
(Potwór ongi na Krecie ubity).
Jechał Książę zwycięski i świetny,
Kwiat rycerzy z nim sunął szlachetnych.
Do Teb grodu tak przybył, zsiadł z konia
I przewidział na przyszły bój błonia.
Nie rozwlekać tu sprawy mi onej.
Bój otwarty stoczył z królem Kreonem
Po rycersku, jak na męża przystało,
Wroga zabił, ludność wygnał precz całą,
Po czym szturmem dostał tam miasta,
Mury, belki zrównał z ziemią i basta.
Zacnym paniom też wedle porządku
Zwrócił kości zabitych małżonków,
Aby pogrzeb był modłą tameczną.
Rzeczą byłoby wszakże zbyteczną
O krzykach prawić wam, zawodzeniu,
Co rozbrzmiały tam w krąg przy paleniu
Owych zwłok, ni jak w znakach czci hojny
Był Tezeusz, wódz, Książę dostojny,
Wobec pań, gdy się z nimi rozstawał;
Wszak ma zwięzła być moja rozprawa.
Zbrojnej Tezej dopełnił potrzeby,
Gdy tak zabił Kreona, wziął Teby,
Na wczas zajął na postój tam pole,
Z całym krajem zaś czynił swą wolę.
Gdzie zwleczone na stos były trupy,
Tam o rząd i o strój zwiększyć łupy
Mają zdziercy rynsztunków: ich zadanie
Wejść, gdy cichnie orężne zmaganie.
Tak się stało, że naszli śród stosu
Młodych, poranionych w straszny sposób
Dwóch leżących przy sobie rycerzy.
Takie same ich zdobne pancerze,
A takie oto mieli imiona:
Ten Arcyty, zaś ów Palamona.
Nie w żywym i nie w martwym stanie,
Lecz z rynsztunku, herbów na kaftanie
Heroldowie zgadli wnet bez zachvdu,
Że ci dwaj królewskiego są rodu:
W Tebach siostry matkami ich były.
Zdziercy zwlekli ich ze stosu-mogiły,
Do namiotu niosą wprost Tezeusza:
Rzekł, by z nimi do Aten wraz ruszać.
Do śmierci każe zamknąć ich w wieży,
I okupu, rzekł, zgoła nie bierze.
To sprawiwszy, prześwietny nasz Książę
Zebrał zastęp, do domu podążył.
Laur zwycięzcy skroń wieńczy szczęśliwą.
Tam zaszczytów a uciech żywot
Aż po kres pędzi dni. Cóż słów więcej?
Ci dwaj w wieży zaś, w smutku, w udręce;
Tam Arcyta tkwi po wiek z Palamonem.
Żaden za nic nie będzie zwolniony.
Dzień za dniem, rok za rokiem mijają,
Aż raz rankiem zdarzyło się w maju,
Że wspanialsza niż kwiat Emelija,
Niż na pędzie zielonym lilija,
Świeższa niźli maj z pąków dworem
(Płeć jej w zawód szła z róży kolorem:
Nie wiem, kto by zwyciężył w tym sporze.)
Jako zwyczaj jej był, w rannej porze,
Już przed świtem powstawszy, strój wkłada
(W łożu gnuśnieć nie lza, gdy maj włada).
Zew szlachetnych serc, wiosny ukłucie,
Ono wraz każe wstać, sen porzucić.
Woła głos: wstań, obrządki zaczynaj!
Emeliji to wnet przypomina,
Że maj uczcić powinna nie leżąc,
Suknię przeto nakłada wraz świeżą
W tył odrzuca swoje jasne włosy,
Na trzy stopy uplótłszy z nich kosę.
Słońce wzeszło, tam i sam w ogrodzie
Spaceruje, jak chęć jej przychodzi,
Kwiaty zbiera tam białe, czerwone,
Ma z nich wianek misternie spleciony.
Śpiewa pięknie jak anielskie chóry.
Tęgiej baszty tkwią tuż grube mury
Co więzienną była zamku wieżą;
Przyszło siedzieć w niej obu rycerzom
(O nich ciągnę to opowiadanie);
I w ogrodu przedłużała się ścianę.
Emelija tam się bawi wesoło.
Ranek jasny, blask słońca wokoło,
Zaś Palamon, nieszczęsny nasz jeniec,
Zwykł do dnia - strażnik dał zezwolenie
Wstawać, krążyć hen w celi wysoko.
Cały gród ogarniało stąd oko,
Takoż ogród, w nim zieleń wiosenna.
Emelija tam, pięknem promienna,
W tę i w tamtą przechadza się stronę.
Palamon w górze hen, zasmucony,
Wciąż po izbie swej krążył tak ciasnej,
Opłakiwał przed sobą los własny.
Wyrzekał, że mu przyszło się rodzić,
Aż - czy trafem to nazwać się godzi?
Oknem celi swej zakratowanym
(Sztaby w nim jak wrzeciądze kowane)
W dół wyglądnął, gdzie czar-Emelija;
Krzyknął: "ach", drgnął, by ktoś go przebijał
I do serca aż sięgnął mu strzałą.
Poruszyło to Arcytę, zdumiało,
Rzekł: "Kuzynie, co dzieje się złego?
Czemu zbiegła tak krew z lica twego?
Skrzywdził cię kto? Co twe znaczy wołanie?
Wszak na Boga! Trza brać nam z poddaniem
To więzienie, nie odmienim tej sprawy!
Ten Fortuny wyrok jest niełaskawy
I Saturna zły aspekt to czyni,
Z koniunkcjami gwiazd dla nas szkodnymi.
Byś się klął, że inaczej potrzeba,
Na świat przyszliśmy w tym stanie nieba.
Wytrwać trza, twarda, krótka to mowa".
Wraz Palamon odrzecze w te słowa:
"Twe mniemanie, kuzynie, w tej mierze
Płodem próżnej fantazji zwę szczerze.
Krzyk wydarła nie dola zła więźnia,
Lecz przez oko trucizna potężna
Wnika w serce - by zgubą mą zostać.
Jakże cudna tam pani! Jej postać,
Gdy w ogrodzie się przechadza do woli,
Źródłem moich jest łez i niedoli.
Czy niewiasta to jest, czy bogini?
Ale mniemam, że Wenus to czyni".
Rzekł i w celi wraz padł na kolana:
"Jeśli wola, Wenus, twa okazana
I że twoje to jest przernienienie
Przed tak smutnym i nędznym stworzeniem,
Pozwól wyrwać się z srogiej tej wieży!
Stoi zasię wśród wiecznych zamierzeń,
Abym więźnia tu śmiercią miał zginąć,
Nad moją się ulituj rodziną!
W ciężkie tyran ją pchnął poniżenie".
Tu Arcyty spoczęło spojrzenie,
Gdzie stąpała ta dama; z obrazem
Bólu żar, piękna blask przyszły razem,
I gdy srodze ucierpiał Palamon,
To Arcyta co najmniej tak samo.
I westchnąwszy, żałosnym rzekł tonem:
"Blask piękna nagłej śmierci zwiastunem
Od niej bije, co chodzi tam ninie.
Jeśli łaska jej na mnie nie spłynie,
Bym choć spojrzeć mógł na nią z daleka,
Szkoda słów: już mój koniec mnie czeka".
Palamon, gdy usłyszał tę mowę,
Spojrzał z wzgardą, tym odrzekł mu słowem:
"Mówisz serio, czy to krotochwila?"
"Mówię serio, jak cześć mi jest miła.
Klnę się Bogiem, nie w głowie mi kpina!"
Tu Palamon brew marszczyć zaczyna:
"Iście mały to honor dla ciebie
Zdrajcą być, fałsz okazać w potrzebie
Wobec mnie, twego brata, krewnego;
Przysiągł każdy z nas wesprzeć drugiego,
Choćby życia się zbyć w bólu srogim,
Aż rozdzieli nam śmierć wspótne drogi.
Nikt w miłości, bracie, nie ma przeczyć
Praw drugiemu (ni w innej też rzeczy):
W każdej sprawie, w rzetelnym sposobie
Ty dopomóc masz mnie, a ja tobie.
Zaprzysiągłeś mi to, ja wzajemnie:
Tego odrzec byś chciał się daremnie,
Więc jednegoś w tym ze mną umysłu
Aż tu zdradnych się imasz zamysłów!
Kochasz tę, którą ja, moją Panią,
Dla niej służby tu me nie ustaną.
Ej, Arcyto, wara ci, zły rycerzu!
Pierwszym kochał ją, ból tobie zwierzył
Jak doradcy, bratu przysięgłemu,
Co bratu winien pomóc drugiemu.
Godny będziesz rycerskiej twej tarczy
Gdy mnie wesprzesz, jak sił ci wystarczy
Albo zdrajcą masz być ogłoszony!"
Zaś Arcyta mu dumnym tak tonem:
"Przeniewierca to z ciebie, nie ze mnie:
Oskarżam, że nim jesteś nikczemnie!
Par amour jam był pierwszy w zapale,
A ty co? Tyś nie wiedział wszak wcale,
Boginka czy niewiasta to z ziemi.
Afektami to zwę pobożnymi!
Moja zaś do stworzenia jest miłość,
Przetom zwierzył ci, co się zdarzyło
Kuzynowi, przysięgłemu też bratu.
Pierwszyś kochał ją ty? Dajmy na to.
Mędrca słów nie znaszże? - stara sprawa
Czyż kochankom dyktuje kto prawa?
Miłość prawem jest większym, dam głowę,
Niż to, które ogłosić mógł człowiek.
Co w dekretach jest ustanawiane,
Miłość łamie co dnia w każdym stanie.
Kochać musisz, chcesz - nie chcesz zgoła:
Choć śmierć grozi, nikt umknąć nie zdoła.
Czy to panna, małżonka czy wdowa,
Póki żyjesz, jak trudnoć rokować,
Że ci sprzyja. Nie lepiej jest ze mną.
Dobrze znasz prawdę tę nieprzyjemną,
Że skazaniśmy w lochu tym sczeznąć
(Za nas, rzekli, okupu nie wezmą).
My jak psy, co o kość się spierały
Jak dzień długi - i na nic trud cały:
Między nich sokół spadł, z kością czmychnął,
Tak i obu na dudków wystrychnął.
Na dworze przeto króla, mój bracie,
Każdy jeno sobą, nie inaczej.
Chcesz, miłuj: ja też w tym nie ustanę,
I tu sprawy jest kres, mój kochany.
Tkwić musimy tu, radzi - nieradzi,
Jak każdego los jego prowadzi".
Trwał tych obu spór ostry niemało.
Gdybyż czasu mi więcej zbywało!
Lecz do rzeczy. Koleją raz losów
(Rzecz opowiem w najkrótszy tu sposób.)
Diuk godny, co się zwał Peroteus
(Z nim zażyły był Książę Tezeusz
Jeszcze z czasów, gdy byli młodzi),
Druha ujrzeć chciał, w Aten też grodzie
Pragnął zabaw z nim zażyć; jak jego
Tak nikogo nie kochał drugiego:
Tamtego uczuć równa potęga.
Taka miłość żyła w nich, mówi księga,
Że jednego, gdy zmarł drugi, urzekła,
Aby druha ratował z dna piekła.
Ciąg dalszy w mym pisaniu pomijam.
Arcycie Peroteus tak sprzyjał
(W Tebach ongiś go znał, lata całe),
Że się wstawiał, z zachodem niemałym,
Aż Tezeusz, bez okupu, łaskawie
Puścił więźnia i skończył z nim sprawę,
By miał prawo się udać, gdzie zechce,
W sposób taki, jak powiem wam jeszcze.
Był też układ: Arcytę przymuszał
Przyjąć rozkaz Księcia Tezeusza,
Gdyby znalazł go ktoś w dzień czy nocą
W kraju, który pod Księcia jest mocą,
Choć przez jednej godziny czas w życiu,
Brzmi umowa, że gdy go raz chwycił,
To Arcyta ma ścięty być mieczem.
Innych w sprawie być nie ma orzeczeń.
Pozostało w rodzinne ujść strony.
Niechże głowę na karku uchroni.
Jakąż żałość przeżywa Arcyta!
Śmierć wprost sama za serce go chwyta:
Płacze, krzyczy, żałośnie narzeka,
Chwili, by się zabić, skrycie czeka.
"I cóż po mnie w żyjących krainie?
Jeszcze gorsze więzienie me ninie!
Dola moja wieczna, nieszczęśliwa:
Już nie w czyśćcu, lecz w piekle przebywać.
Czemuż znałem ja Peroteusa!
Zostać byłbym mógł u Tezeusza,
Jego więźniem, na zawsze w kajdanach:
Nie klęska - byłaby to wygrana.
To, że Panią mą widziałbym z bliska,
Choćbym łaski jej nigdy nie zyskał,
Już w szczęśliwych bym znalazł się gronie".
"Ej, kuzynie mój - rzekł - Palamonie,
Tyś zwycięzca w tym losu zrządzeniu,
Błogi pobyt masz w tym tu więzieniu.
Czyż więzienie to? Zowię je rajem:
Patrz, rzut kości Fortuna ci daje.
Tobie widok jej - mnie pozbawienie.
Rzecz możliwa, gdy masz to zbliżenie
Rycerz z ciebie niebłahy jest, chrobry,
A Fortuna wszak zmienna - traf dobry
Nuż pragnienie ci urzeczywistni.
Jam wygnaniec, widać nienawistny
Lepszym losom - i tonę w rozpaczy,
Stworu z ziemi tej nikt nie zobaczy,
Czy z powietrza, czy z ognia, czy z wody,
Co by pomógł lub dał mi osłodę.
W zwątpieniu muszę umrzeć, w udręce,
Życia, szczęścia nie zaznać mi więcej.
Czemuż, czemuż, tych skarg ludzkich siła
Na to, co im Opatrzność, los zsyła?
W różnym kształcie raz w raz lepsze spada,
Niźli własna obmyśli ich rada.
Ten czy ów tak być pragnie bogaty,
A choroba lub mord idzie za tym.
Ktoś tak bardzo chciał wyrwać się z wieży
Od sług w domu zabity już leży.
Niezliczone są szkody w tej mierze,
Nie wie człek, o co wznosi pacierze.
Nasz tu los - los jak mysz pijanego,
Pijak wie: gdzieś tam stoi dom jego,
Lecz nie umie odnaleźć doń drogi,
Pijanemu ślizgają się nogi.
Tak na świecie się sprawa ma z nami,
Bo tu szczęścia gorliwie szukamy,
A błądzimy w szukania sposobie,
To wyznajmy: ja mówię o sobie.
Jakżeż mocno jam był przekonany,
Że gdy tylko opuszczę te ściany,
Szczęście me będzie wraz nieskończone
Aż tu odeń jam tak oddalony,
Bo cię już, Emelijo, nie zobaczę.
Martwym tu, bez pociechy w rozpaczy".
Po drugiej muru stronie Palamon,
Gdy wiedział, że Arcytę zabrano,
Wznosi lament, aż baszty tej mury
Rozbrzmiewają od dołu do góry.
Na krzepkich tkwiące nogach kajdany
Gorzkimi jego łzami oblane.
"Arcyto, mój krewniaku, ach biada,
Profit w sporze tym tobie przypada!
Chodzisz w Tebach, jak pragnie twa dusza,
Moja boleść niewiele cię wzrusza.
Głowę przecież masz tęgą i ramię,
Wszystkim z rodu słać możesz wezwanie,
W gród uderzyć tu ostrym atakiem,
Aż trafunkiem lub i paktem jakim
Panią swoją uczynisz i żonę
Z tej, dla której me życie stracone.
Bo jeśli możliwości tu zmierzyć
I pomyśleć, żeś wyszedł z tej wieży,
Żeś pan możny - masz wyższość nade mną,
Tu wtrąconym w tę klatkę mą ciemną:
Tu mi biadać, dopóki żywota.
Więzienie - moja pierwsza zgryzota.
Miłość swojej zaś doda udręki,
Co cierpienia podwaja i męki".
I zazdrości wraz buchnął w nim płomień,
W piersi w mig się rozżagwił jak w słomie,
Szalał w sercu, Palamon był szary
Jak bukszpan albo popiół, już stary.
Rzekł: "Wiążecie, okrutni bogowie,
Świat ten władczym, wieczystym swym słowem,
Na tablicy piszecie ze skały
Wyrok, dekret wasz wiecznotrwały.
Ma wam większa być cześć od człowieka
Niż od owcy, co na los biernie czeka
W zagrodzie? Człek ubity jak zwierzę,
Więziony, zamykany we wieży,
Chorobom też podlega i klęskom,
A zaiste bez winy dość często.
Jakież są w tej przedwiedzy zrządzenia,
Co niewinnym zadaje cierpienia?
Głębszy zaś jeszcze żal czuje dusza,
Że człowieka prawo ducha przymusza,
By się siebie zapierał dla Boga:
Zwierzę robi, co mu się podoba,
Zwierz po śmierci nie cierpi już wcale,
A nas czeka płacz dalszy i żale,
Choć ten świat bólów; trosk miewa mnogość:
Tak sprawy bez wątpienia stać mogą.
Niech teolog te kwestie rozświeci;
Ja tam wiem, że ból włada na świecie.
Oj, smutku! Patrzę: wąż albo zbrodzień,
Co wielu prawym ludziom zaszkodził,
Chodzi wolny, gdzie chce, lekkim krokiem,
A jam więzień Saturna wyrokiem
I szalonej, zazdrosnej Junony,
Wsze przez nią prawie rody zgładzone
W starych Tebach: ich mury w ruinach.
Tu znów Wenus, mej śmierci przyczyna;
Lęk, zazdrość o Arcytę mnie zjada".
Tu wątek Palamona odkładam:
Ów w więzieniu pobędzie ukryty,
Ja zaś powiem o dziejach Arcyty.
Lata koniec był, z dłuższą zaś nocą
Grad cierpień ze zdwojoną bił mocą
Tu w kochanka, tam zasię we więźnia.
Nie wiem, która kaźń bardziej potężna.
Krótko więc: wyrok ten Palamona,
Że w więzieniu żywota dokona
I do śmierci ma nosić kajdany.
Zaś Arcyta pod gardłem wygnany,
W kraju tym jego stopa nie stanie,
Ni razu nie obaczy swej Pani.
Więc teraz, kochankowie , was pytam:
Czy Palamon gorzej ma, czy Arcyta?
Ten na Panią swą dzień w dzień popatrzeć
Może - ale w więzieniu na zawsze.
Ów, gdzie chce, może iść albo jechać,
Lecz widzenia jej znikła pociecha.
Rozsądzajcie, jak chęć wam dyktuje,
Kto potrafi - ja powieść mą snuję.

        Explicit prima pars


Sequitur pars secunda

Do Teb miasta Arcyta gdy wrócił,
W dzień mdlał nieraz i gorzko się smucił;
Jego Pani nie oglądać ma oko.
Cóż o bólu tym mówić szeroko?
Cierpień o tej nie było potędze
Jak świat światem i nigdy nie będzie.
Nie jadł, nie pił, odeszło go spanie,
Schudł, był wyschły jak strzała w kołczanie.
Oczy błyszczą straszne, jak u mary,
On jak popiół był zimny i szary,
Kompanija go z wszech stron odstręczała,
W jękach, płaczach schodziła noc cała.
Gdy kapeli gdzieś dźwięk się odzywał,
Płakał tak, iż we łzach się rozpływał.
Znikł żywota duch, opadł na siłach,
Aż się ciała w nim materia zmieniła;
Nawet, gdyby kto słuchał, dźwięk głosu;
Inny wygląd się stał, bycia sposób.
Nie samo to miłosne schorzenie
Hereos - prędzej to omamienie,
Co rośnie z melankolii humorem,
Wchodząc w przednią fantazmów komorę.
Słowem doszło tak do odwrócenia
Zachowania i usposobienia
Imć Arcyty - kochanka smutnego.
Nie chcę wieść cały dzień wątku tego.
Gdy już minął rok jeden czy drugi
Jego cierpień i mąk nadto długich,
W Tebach raz (w jego, wiemy, krainie)
Na nocny się ułożył spoczynek,
Śnił: stał przed nim skrzydlaty Merkury,
Czoło kazał radośnie wznieść w górę;
Od snu różdżkę wysoko niósł w dłoni,
Miał kapelusz; włos, jasny na skroni.
Strój miał takiż jak w dzień, gdy czuwanie
Przejął on (Argus zaś przejął spanie).
"Miejsce twoje - rzekł - teraz w Atenach,
Koniec znajdą tam twoje strapienia".
Wstał Arcyta, porzucił wraz łoże,
"Nie dbam - rzekł - jaki ból nadejść może:
Precz z lękiem - wraz wyruszam do Aten,
Choćby śmierć stanowiła zapłatę.
Ją ujrzę! Służę jej, dla niej płonę,
Przed nią ducha, gdy każe, wyzionę".
Z tym słowem wielkie lustro wziął w rękę,
Widzi cerę zmienioną ze szczętem.
Wszak innego oblicza tam człowiek!
I myśl nowa mu rodzi się w głowie,
Skoro twarz ma jak innej osoby,
A to z przyczyn tak silnej choroby,
Mógłby, lichą przybrawszy raz postać,
Nie poznanym w Atenach pozostać,
Widząc Panią swą niemal codziennie.
Więc swe zwykłe wraz zrzucił odzienie,
Włożył strój jak wyrobnik tam biedny.
Samotnie, tylko z giermkiem swym jednym
(Ten znał sekret i los pana srogi,
A strój przywdział tak samo ubogi)
Prostą drogą do Aten wnet rusza
I na dwór zgłasza się Tezeusza:
Szuka służby; mówi w bramie ze strażą,
Gotów grubą wziąć pracę, gdy każą.
I krótko: była praca mu dana
U pewnego dworu tam szambelana
(Emeliji ów dworzanin przydany).
Patrzył wkoło, był bystrym młodzianem,
Z dworskiej służby zmiarkował każdego.
Wodę nosił jak trza, rąbał drzewo;
Mocny był, rzecz to zwykła w młodości.
Chłopiec rosły i grube miał kości,
Każdy spełnić więc rozkaz mógł nowy.
Rok lub dwa spędził tak w służbie owej,
Emeliji paź jasnej w komnatach:
Imię mówił, że ma Filostrata.
Ni w połowie tak nie był lubiany
Kto bądź inny pomiędzy dworzany:
To kondycji cnej znaki sprawiały.
Dobre echo obiegło dwór cały.
Książę, mówią, by pięknie uczynił,
Gdyby stan mu na wyższy odmienił.
Służbę jego godniejszą mu zlecił,
W niej klejnot jego duszny by świecił.
Z czasem sława się tak rozwinęła
Gładki język to sprawił i dzieła ­
Aż Tezeusz go zechciał przy sobie,
Na komnatach swych giermkiem go zrobił,
Złota dał, by mógł żyć wedle stanu,
Z kraju też wiernie mu dostarczano
Roczną sumę, choć nader sekretnie;
Tę wydawał przystojnie, dyskretnie,
Więc nie pytał nikt, skąd się to wzięło.
I tak lata mu trzy upłynęło;
W pokoju czy gdy Książę w bój ruszał,
Serca tak nie miał nikt Tezeusza.
Tak Arcyta szczęśliwy. My w stronę
Patrzmy drugą: zajmę się Palamonem.
W srogim, mrocznym, okropnym więzieniu
Siedem lat żył Palamon w cierpieniu.
Mnogość bije weń udręk wszelakich:
Kogóż smutek, ból ciśnie dwojaki?
Palamona! Tak nęka go miłość,
Że szaleństwo już myśl mu zmąciło.
A skazany wszak nie na czas roku
­Z dożywotniej sentencji wyroku.
Któż w rym ujmie męczeństwa ich losy
Po angielsku? Mych słów tu nic dosyć!
Przejdę nad tym i trzymam się toku:
Raz w maju, w siódmym było to roku,
W trzecią noc (starych ksiąg kronikarze
Najprościej tych podają bieg zdarzeń)
Czy z przypadku, czy też z przeznaczenia,
Rzeczy, co ma nadejść, nic nie zmienia -
­Palamon, kilka chwil po północy,
Uciekł z baszty przy druha pomocy,
Z grodu też jak najprędzej umyka;
Przedtem spoił tak mocno strażnika
(Winem, które odurza: doń z miodem
Opium z Teb domieszano też spodem),
Że choćby nim trzęsiono noc całą,
Za nic zbudzić go by się nie dało.
Rycerz pędzi tak chyżo, jak może;
Noc krótka, już zbliżały się zorze,
Trzeba było się ukryć bez zwłoki,
Więc do lasku w pobliżu swe kroki
Drżące z lęku Palamon skierował,
Krótko: jego obmyśla tak głowa,
Że się w dzień skryje tam przed pogonią,
Potem marsz mroki nocy osłonią.
W Tebach znajdzie przyjaciół-rycerzy,
Pomogą na Tezeja uderzyć;
Słowem więc: jego życie skończone
Lub zdobędzie Emeliję za żonę;
Bez ogródek ten był jego zamysł,
My zaś znów do Arcyty wracamy.
Ten nic bliskiej zgryzoty nie czuje,
Że Fortuna nań sidła notuje.
Skowroneczek, dnia żwawy posłaniec,
Szary świt wita swoim śpiewaniem.
Feb powstaje i ogniem tak sieje,
Że od blasku cały orient się śmieje,
Promieniami osusza w tym gaju
Srebrne krople, co z liści zwisają.
Arcyta, co na dworze monarszym
Tezeusza jest giermkiem najstarszym,
Wstał i spojrzał: dzień hoży nadchodził,
Maja obrzęd wraz spełnić się godzi.
W sercu czując swoich pragnień oścień,
Na wierzchowcu niby płomień, co rośnie,
Ruszył kłusem, jak była mu wola,
Z dworu precz, milkę, dwie, hen w pula,
Po czym w lasek, o którym tu mowa,
Mimochodem rumaka skierował:
Wieniec upleść zamyślił na głowę,
Rwąc powój lub gałązki głogowe,
Rozśpiewał się do słońca promieni:
"Maju, kwiaty masz, dar masz zieleni,
Świeży Maju, witaj, Piękny Panie,
Jakaś zieleń i mnie się dostanie!"
Z konia chyżo zsiadł, z sercem ochoczym
Ku laskowi z pośpiechem poskoczył
I po ścieżce się zaczął przechadzać,
Tam właśnie - cóż, przypadku tu władza
­Gdzie przycupnął Palamon sam skrycie,
Drżąc w zaroślach o swoje życie.
Nie wiedział, że to właśnie Arcyta,
Z niedowiarstwem by wieść tę powitał,
Lecz z dawna gminna gadka to niesie:
"W polu oczy, a uszy są w lesie".
Trza na różny być obrót gotowym,
Dzień po dniu niespodzianki są nowe.
Jak Arcyta by zgadł towarzysza,
Co z bliska jego słowa by słyszał?
Ten w zaroślach cichutko był skryty,
Koniec nastał przechadzki Arcyty
I gdy rondo wesoło wyśpiewał,
Nagle smutek mu duszę zalewa.
Jakiż zmienny kochanków jest nastrój:
Raz szczyt drzewa, raz doły wśród chwastów;
Wiadro w studni: raz w górę, raz na dnie.
W piątek aura tak nieraz wypadnie:
Słońca blask - to znów deszcz gęsto pada.
Kaprys Wenus sercami tak włada
Sług jej - zaćmi ich usposobienia,
Jej dzień aurę, ona wszystko zmienia:
Wśród dni piątek wygląda inaczej.
On śpiew skończył i westchnął w rozpaczy,
Siadł i zaczął bez zwłoki swój lament:
"Przecz mi rodzić się było pisane?
Pokąd wojny tej, okrutna Juno?
Stale Teby darzysz złą fortuną!
Ach, do jakich dziś klęsk przywiedziona
Krew tych królów, Kadmusa, Amfiona.
Kadmusa, który pierwszy zbudował
Nasze Teby czy gród ufundował,
Pierwszy miasta miał nosić koronę:
Z jegom lędźwi, z pnia tego zrodzony,
W prostej linii królewska krew płynie
We mnie - nędzny niewolnik jam ninie;
U niego, co śmiertelnym mym wrogiem,
Służyć muszę jak giermek ubogi.
Dalszy wstyd tutaj znów przez Junonę;
Imię moje być musi tajone!
Ja, co kiedyś Arcytą się zwałem,
Filostratem (toż kpiny!) zostałem.
Biada, srogi Marsie! Juno, biada!
Dla nas wszystkich wasz gniew to zagłada!
Jam z nieszczęsnym ostał tu Palamonem:
W baszcie Tezej męczeństwa koronę
Wkłada nań. Mnie, by zabić do końca,
Grot miłości jak żagiew płonąca
Serca w smutku wiernego był raną:
Nim koszulę, śmierć moją utkano.
Oczy twe mnie cudowne zabiją.
Tyś przyczyną śmierci mej, Emelijo!
Cała reszta mych trosk i rozpaczy
Razem nic wobec tego nie znaczy.
Gdybymż radość mógł dać ci - choć małą!"
I z tym słowem wpadł w zapamiętałość
Na czas długi - aż się zbudził i wstaje.
A Palamon? Wręcz mu się wydaje,
Że zimnego czuł miecza wnikanie;
Z gniewu drżał, zdzierżyć nie był już w stanie,
Gdy usłyszał, co mówił Arcyta,
Jak śmierć blady, szał jakby go chwytał.
Z gęstej wybiegł listowia okrywy,
Rzekł: "Arcyto, ty zdrajco fałszywy,
Mam cię, z mojej nie wymkniesz się ręki.
Kochasz Panią mą - dla niej me męki!
Tyś mój krewniak, mój druh przysiężony,
Wielekroć w sekret mój wprowadzony;
Tyś przed Księciem oszukańczą grał rolę,
Kłamne imię wywiodło go w pole.
Czy ja umrę, czy ty mnie przeżyjesz,
Nie ty mą kochać masz Emeliję.
W jej kochaniu chcę być niepodzielny:
Jam Palamon, jam wróg twój śmiertelny!
Chociaż broni ja nie mam tu żadnej,
Dobry los uciec dał z baszty zdradnej,
Albo miecz, tuszę, w serce ci wbiję,
Lub przestaniesz kochać mą Emeliję.
Stąd się nie rusz - wybieraj więc żywo!"
Arcyta dyszał wprost pasją mściwą,
Gdy go poznał, posłyszał to wszystko,
Miecz dobywszy, jak dzikie był lwisko.
Rzekł: "Na Boga! Gdyby nie nękały
Cię gorączki, miłosne twe szały,
I że nie masz oręża żadnego,
Kroku z lasu nie zrobiłbyś tego:
Tu bym życie ci przeciął mym mieczem.
Z poręk kpię i wszelakich przyrzeczeń.
Żem je składał ci? Mam to za śmiecie!
Ty głupcze! Miłość wolna jest przecie!
Rób, co chcesz, ja ją kochać zamierzam.
Lecz godnego w tobie uznam rycerza;
Chcesz, byś o nią tu walczyć miał dane,
Masz mój parol: ja jutro ci stanę.
Nikt nic wiedzieć nie będzie o sprawie,
Ja na miejscu jak rycerz się stawię,
Też rynsztunek dostarczę ci przedni:
Sobie lepszy weź, mnie daj pośledni.
I napitek przyniosęć i jadło,
A wieczorem do snu prześcieradło.
Jeśli Panią ty moją zdobędziesz
I w tym lesie mnie życia pozbędziesz,
Wtedy praw do niej ci nie zaprzeczę".
"Ja przystaję" - Palamon odrzecze.
Tu rozstanie do dnia następnego,
Gdy parol jeden wziął od drugiego.
Próżnyś bratniej miłości, Kupidynie!
Rywal wszelki w królestwie twym zginie.
Miłość, władza - jak mędrcy wiedzieli ­
Z nikim z woli swej się nie podzieli.
Arcyta widzi to i Palamon.
Konno wybrał się Arcyta rano,
W grodzie, zanim nawet świtało,
Cichcem zdobył dla dwóch zbroję całą.
Nic nie zbrakło, było co należy,
By rozstrzygnąć mógł bój spór rycerzy.
Konno, sam jako w dniu narodzenia
Dźwiga oba te oporządzenia.
Wreszcie w miejscu i czasie zmówionym
Stał Arcyta wśród drzew z Palamonem,
Z barwą zgoła zmienioną na twarzy.
W kraju Tracji myśliwy na straży,
W luce stojąc z oszczepem gotowym
(Gdy na lwa lub niedźwiedzia są łowy),
Słyszy: w gąszczu ciężkimi łapami
Zwierz rwie liście, gałęzie już łamie;
Myśli: "Wróg mój śmiertelny w gęstwinie,
Pewne, że jeden z nas zaraz zginie:
Albo w przejściu ja zabić go muszę ­
Albo on ze mnie wydrze tu duszę".
Tak ci dwaj: krew im lica rozpala,
Każdy myśl chce odgadnąć rywala.
Żadnego nie ma więc pozdrowienia,
Ni słowem nie przerwali milczenia.
Każdy zbroić się pomógł drugiemu
Przyjaźnie, jakby bratu własnemu,
Ale kopią wraz ostrą weń godzi:
Bój na włócznie trwa długo nad podziw.
Z czym tu równać bitewne zapały?
Palamon był jak lew rozszalały.
Znów Arcyta jak tygrys krwiożerczy.
Parą dzików tak szał miota morderczy,
Gdy w walce toczą z kłów białą pianę.
Już stopy w krwi po kostki skąpane;
Ja w zaciekłej zostawiam ich zwadzie ­
Chcę w mój wątek Tezeusza wprowadzić.
Wielki włodarz wszech spraw, Przeznaczenie,
Któremu dane tego spełnienie,
Co Opatrzność z spraw przyszłych ujrzała,
Władne tak, że choć świata moc cała
Poprzysięgnie, iż coś się nie zdarzy,
W jakiś dzień zajdzie to - Ona każe ­
Co lat tysiąc nie zaszłoby wcale,
Wszystko, czego człek pragnie w zapale,
Miłość czy nienawiść, wojna - pokój,
Wszystko waży się w nadgwiezdnym Oku.
Księcia mam na myśli, Tezeusza:
Tak chęć łowów go teraz porusza;
W maju ubić wielkiego rogacza!
Więc co dzień, gdy brzask światłość roztacza,
On na koniu, w pełnym stroju, szczęśliwy:
Psy u nóg, grają rogi myśliwych!
Jak łowom jego dusza jest rada!
Ponad wszystko je w świecie przedkłada:
Rozkosz: śmierć zwierzowi zadana!
Po Marsie jego panią dziś Diana.
Dzień był jasny, jak wprzód napomknąłem:
Tezeusz z sercem błogim, wesołym,
Hipolita tuż wskok, piękna pani,
Z Emeliją, wszyscy w zieleń odziani
Po królewsku jechali polować.
Na lasek, który tuż się znajdował,
Gdzie był rogacz, jak głosił gajowy,
Książę konia kierować gotowy
Widzi w gąszczu polanę, tam zmierza -
Schron to bywał w ucieczce dla zwierza.
Dalej drogą wprost, w poprzek strumienia,
Pognać chciał raz i drugi jelenia.
Biorąc z sobą ogary wybrane,
Wjechał Książę na ową polanę,
Pod blask spojrzał i stanął jak wryty:
Palamona trwał bój i Arcyty
Niby dzików dwóch rozszalałych:
Lśniące miecze ich obu śmigały.
Najmniejsze, zda się, tam uderzenie
Dąb zdołałoby zwalić na ziemię.
Nie wie Książę, kim ci dwaj być mogą -
Raźnie bodzie rumaka ostrogą:
W jednym stanął pomiędzy nich skoku,
Miecz wyrwawszy, zakrzyknął: "Ni kroku!
Kto nie wstrzyma się, płaci wraz głową,
Zginie, sam tu na Marsa dam słowo,
Kto by zadał na oczach mych pchnięcie!
Ale kto wy? I jakiej pieczęci,
Którzy tutaj toczycie bój taki,
Bez sędziego, zwierzchności wszelakiej,
Całkiem jakbyście w szrankach już byli?"
Więc Palamon, nie zwleka ni chwili,
Odrzecze: "Cóż tu, Panie, słów więcej?
Śmierci wyrok orzeknij książęcy,
Nieszczęśni zasłużylim na karę,
Życie obu nam jeno ciężarem:
Jakoś pan jest rzetelny i sędzia,
Żadną łaską ty nas nie oszczędzaj.
Mnie zgładź wpierw! Święta miłość bliźniego
Niech cię natchnie - lecz i druha zgładź mego ­
Lub wpierw jego zgładź. To cię zaskoczy,
Lecz Arcytę to widzą twe oczy.
On śmiertelny wróg, twój banita
Pod gardłem - sam się śmierci dopytał.
W bramie zamku twojego on stanął,
Filostrata przybierał w nim miano.
Przez lata sobie z ciebie dworował,
Gdyś ty giermkiem go pierwszym mianował.
Emeliję on właśnie miłuje.
Skoro ja zaś dzień śmierci mej czuję,
Oto spowiedź ma: prawdą jest samą,
Żem to ja ów nieszczęsny Palamon,
Który z baszty twej zbiegł niegodziwie:
Choć śmiertelny twój wróg, tak żarliwie
Jasną kocham ja wciąż Emeliję,
Że na oczach jej umrę - nią żyję.
Więc chcę śmierci, z wyroku prawnego,
Byle objął on druha też mego:
Wszak na śmierć obaśmy zasłużyli".
Książę godny nie zwleka ni chwili:
"Krótkie będzie - rzekł - postępowanie,
Gdy was własne potępia wyznanie.
W rejestr wciągać jedynie to będę:
Zeznania pod torturą nam zbędne.
Mars Czerwony, mój bóg, śmierć wam wieści!"
Lecz królowa, z swym sercem niewieścim,
W płacz uderza, z nią wraz Emelija
I obecnych tam pań kompanija;
Jak tam były, ogarnia je żałość,
Że się wszystko obrócić tak miało;
Wysokiego wszak obaj są rodu,
Spór z miłości, nie innego powodu;
Widzą rany, bolesne, ogromne:
Damy skromne czy świetne, tam przytomne,
"Litość okaż niewiastom!" wołają
I jak stoją, na ziemi klękają,
Jego stopy się biorą całować.
W końcu gniew w nim się przestał gotować,
Litość w sercu szlachetnym wnet gości.
Choć się przedtem trząsł mocno od złości,
Zważył krótko wykroczenie rywali,
Z jakich przyczyn na się nastawali;
Choć gniew z wielką oskarżał ich siłą,
Rozum dostrzegł, co ich tłumaczyło:
Każdy, myślał, co raz zakochany,
Chce pomyślnej w miłości odmiany,
Chce czym prędzej się wyrwać z więzienia.
Poczuł wnet litościwe też drgnienia
Dla tych niewiast, co ciągle tak płaczą:
Dumać w sercu szlachetnym swym zaczął,
Szepnął: "Godny-li Księcia jest miana
Komu ludzkość i litość nie znana ­
W słowie, w czynie kto lwem jest zawziętym
Dla skruszonych i lękiem przejętych
Jak dla pysznych i pełnych pogardy,
Którzy trwają w zamysłach swych hardych.
Roztropnego toż brak pomyślenia
Księciu, który tak bez rozróżnienia
Pychę waży za jedno z pokorą".
Zmiękł, do gniewu mu nie tak już skoro,
Wzroku chmura już mu nie przesłania
I tak w głos swoje mówi dumania:
"Benedicite! Ach, bóg miłości
To bóg pełen potęgi, wielkości!
Jak przeciwić się? Komuż się uda?
Można bogiem go zwać: działa cuda!
Z jego łaski to ludzkie drga serce,
Wszystko może z nim zrobić, co zechce.
A ci dwaj tu rycerze przed nami,
Na swobodę z mego lochu wyrwani,
Mogli w Tebach wszak żyć jak królowie;
Wiedzieli, żem śmiertelnym ich wrogiem
Jako też, że mam władzę ich zgładzić.
Wbrew wszystkiemu ich miłość prowadzi,
Kędy śmierci są niebezpieczeństwa?
Niech kto powie, czy nie szczyt w tym szaleństwa?
Któż, kto kocha, od szaleństwa bezpieczny?
Spójrzcie na nich! Jak w niebie Bóg wieczny!
Jak krwawią! Strojni nad wszelkie słowa!
Bóg miłości, ich pan, tych skwitował!
Za służbę dał im taką zapłatę,
Wżdy za mądrych chcą ujść - nie za stratę
Mają służby - co bądź by się stało.
Ja zaś widzę krotochwilę niemałą,
Że ona, co jest stawką zabawy,
Może dank złożyć im za bieg sprawy
Jak ja choćby! O całym tym szale
Tyle wie co i zając - nic wcale!
Wszystkiego zaznać trza: żaru, chłodu,
Nikt nie wolny od głupstw: ten za młodu,
Ów gdy starszy - wiem sam, lat już wiele ­
Czyimś byłem ja też wielbicielęm;
Skoro wiem, co miłości katusze,
Jak rozdzierać (wiem też) mogą duszę.
Jako ten, co tkwił w sieci raz, drugi,
Bez reszty darowuję wam długi;
Tak królowa na klęczkach prosiła,
Emelija też siostra ma miła.
Przysięgnijcie mi tutaj w tej chwili,
Że mi szkód nie będziecie czynili
Ni zajazdów na kraj w dzień czy w nocy,
Przyjaźń świadcząc, ile w waszej jest mocy.
Winę skreślam: czas nowy się począł".
Księcia wolę przysięgli ochoczo,
Prosząc łaski i by ich w swą pieczę
Wziął jak pan: wnet się zgodził i rzecze:
"By o królów krwi, skarbach rzec słowo:
Choćby księżna była czy królowa,
Każdy z was godny wziąć bez wątpienia
Ją za żonę, gdy czas - lecz nadmieniam;
W Emeliji imieniu, mej siostry
(O nią zawiść tu trwa, bój wasz ostry);
Wiecie sami: nie może być żoną
Naraz dwóch - choćby bój w nieskończoność
Tu miał trwać, a z was jeden w wyniku
Będzie piosnki mógł grać na patyku:
Znaczy to, że was dwóch nie poślubi,
Choćby chciał Gniew Zawistny się czubić.
Ja wygodzę wam obu w ten sposób,
By mógł każdy z was stanąć wobec losu,
Który mu jest pisany: przez chwilę
Zważcie, jaki wam kres umyśliłem.
Krótko, prosto mą wolę wyłuszczę,
Ni replikę tu jaką dopuszczę ­
Korzystajcie bez obaw, gdy chcecie:
Niech z was każdy, dokąd zechce, w świecie
Bez okupu, wszech wstrętów odjedzie:
Od dziś równo w pięćdziesiąt niedziel
Tu ma przywieść stu zdatnych rycerzy
Do szranków, zbrojnych jak się należy
I gotowych rozstrzygnąć spór mieczem.
Słuchajcie mych stanowczych przyrzeczeń,
Na mą cześć, jakom rycerz jest prawy,
Temu, który wyjdzie górą z rozprawy ­
Znaczy to: z obu was temu, który
Z setką zbrojnych - ich wspomnę raz wtóry ­
W szrankach wygra lub rywala zabije,
Za małżonkę ja dam Emeliję,
Gdy Fortuna tę łaskę mu sprawi.
Mój zaś rozkaz tu szranki postawi.
Bóg niech będzie mi tak litościwy,
Jak w nich sędzią chcę być sprawiedliwym.
Innego końca spraw nie ujrzycie:
Jeden z was traci wolność lub życie.
Mówcie, zali wam to się widziało,
Iżem wam tu rozwiązał rzecz całą.
Tu zamknięcia wrażd waszych i koniec".
Czyż nie w twych oczach blask, Palamonie?
Jego druh z szczęścia też podskakuje!
Któż wypowie to? Słów wprost brakuje.
Jakaż wszystkich tam radość porusza
Wobec pięknych tych łask Tezeusza!
Wszelki człowiek przed Księciem uklęka,
Z serc płynie najgorętsza podzięka.
Tebańczycy to mówią najczęściej:
Przepełnia ich nadzieja i szczęście.
Biją czołem, ruszają w swe strony,
Do Teb starym murem obwiedzionych.

        Explicit secunda pars


[ DALEJ >>> część 2 tekstu ]

 OPRACOWANIA:
    (polecane przez Warownię.pl oznaczone "###")

   - W JĘZYKU ANGIELSKIM: Charles Muscatine - "The Knight's Tale"

 Katalog zbiorów Biblioteki 

 Spis tekstów 

 Góra 

 Powrót 

  © Xezaar